Neocons Revolution - Straussian Pride - Decadence Catholicism - Playstation Forever
wtorek, 26 sierpnia 2014
From Dust to Life - filozoficzna podróż w świat malarstwa

Małgorzata Myślińska

Dziś zapraszam do lektury kolejnego przebojowego wywiadu. Tym razem moim szanownym gościem jest Gosia Myślińska – wszechstronna i niesamowicie uzdolniona poznańska malarka i filozofka, która zabiera nas w pasjonującą podróż po zakurzonych pracowniach, w których powracają do życia i materializują się idee filozoficzne. Rozmawiamy także o tradycyjnej sztuce w świecie kultury popularnej, o malarstwie na polu bitewnym oraz z humorem analizujemy moje ulubione obrazy. Zachęcam także do odwiedzania wirtualnej wystawy prac mojej rozmówczyni. Polecam też wywiad dla portalu Polish Art Tomorrow.

Niedawno ukończyłaś dyplomowy projekt, którym jest malarska instalacja o intrygującym tytule Rzecz o kurzu. Co sprawiło, że spróbowałaś artystycznie zmierzyć się z kurzem? Luce Irigaray stwierdziła kiedyś, że Heidegger w swoich analizach ludzkiej egzystencji zapomniał o powietrzu, zapomniał o tym, że jako istoty ludzkie musimy nim oddychać. Być może w podobny sposób chciałabyś zwrócić uwagę twórców na to, że kurz pokrywający ich prace jest często pomijanym elementem dzieła sztuki? Czy jeśli na zakurzonym dziele napiszę coś palcem, to dokonuję jego ponownej kreacji?

Kurz pojawił się przy okazji – jak to zresztą bywa w jego naturze. Nie zakładałam, że on się stanie głównym bohaterem a cały mój dyplom spektaklem kurzu. Przestałam po prostu w trakcie pracy udawać, że go nie ma. Byli już artyści, którzy pozwalali swoim pracom pokrywać się kurzem. Robił to już turecki artysta Sarkis, czy Marcel Duchamp. Czy chcieliby aby ktoś pisał po nich paluchem? Nie wiem. Raczej manifestacyjnie przestrzegali przed nie ruszaniem kurzu na powierzchni – przeciwstawiając się muzealizacji.

Fakt, że „wisiało coś w powietrzu” od początku, ale jeszcze tego nie wiedziałam. Od pewnego czasu nie dawały mi spokoju witryny i stół w domu rodzinnym, które stoją obok wielkiej plazmy. Zastanawiało mnie: po co to tu stoi? Takie pełne przedmiotów, niepraktyczne ołtarze pełne osobliwości. Przywodziły one na myśl muzealne gabloty, martwe natury czy sarkofagi. Zastanawiałam się czym się różnią te sprzęty w moim domu od równie dobrze pokrywającego się kurzem malarstwa? Myślałam między innymi o tym, co się dzieje z obrazami kiedy nie „wiszą”, nie są prezentowane, oraz jakie zabiegi i rytuały się z nimi wiążą i co mają wspólnego te światy przedmiotów – dom i galeria? Tu mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie o wypowiedź Luce Irigaray. Tak, chciałam zwrócić uwagę na coś pobocznego, na przedmiot, który przecież ewidentnie jest. Na nośnik obrazu i związane z nim działania.

Kiedy już pokrywałam moje obrazy wieloma warstwami lakieru do drewna, aby utrwalić je na amen, wtedy pojawił się kurz. Zaczął się on odkładać na płótnach pod każdą moją nieobecność w pracowni. Wtedy pomyślałam sobie. No pięknie! Moje obrazy zakurzą się szybciej niż zdążę je komukolwiek pokazać! W tej myśli kryła się wskazówka. Podążając dalej eksploatowałam temat kurzu pod kątem metaforycznym, dopatrując się w nim z jednej strony szkodnika i kolaboranta, z drugiej – biednego włóczęgi bez encyklopedii a jeszcze innym razem głównego bohatera ery okularników, kiedy awangarda a później neoawangarda zapraszały go do gry. Współcześnie stawia się nawet śmiałą, anty-antropcentryczną tezę, że jesteśmy jedynie gwiezdnym pyłem, punktem, jak w tytule książki Carla Sagana The Pale Blue Dot. Bo kurz to w języku angielskim „dust” czyli także pył. Chciałabym kiedyś napisać gruby utwór pt. Traktat o kurzu, tak gruby aby nie znalazł się tęgi umysł na przeczytanie go w całości.

Florian Znaniecki w Upadku cywilizacji zachodniej dostrzegł, że nowoczesna sztuka permanentnie dąży do ustanowienia nowatorskich i awangardowych form artystycznej ekspresji. Jego zdaniem doprowadziło to do stanu, w którym sztuka przyjmując coraz bardziej abstrakcyjne i odległe od realizmu formy, stała się trudna w odbiorze i niezrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. Ujmując to jeszcze inaczej, chodziło o to, że do szerokich mas łatwiej przemawia Straż nocna Rembrandta niż współczesne kompilacje wielobarwnych kleksów. Sądzę, że tradycyjne formy znalazły dla siebie przyczółek w świecie popkultury. Dlatego kultura popularna łatwo dociera do masowego odbiorcy, a współczesna sztuka stopniowo zamyka się w hermetyczności środowiskowych elitaryzmów. Dlaczego współcześni artyści tak zdecydowanie odcinają się od przeszłości?

Nie wiem czy się odcinają. Powiedziałabym raczej, że się odwołują. Niestety ciągle znajdzie się wielu takich, którym na hasło „sztuka współczesna” przyjdzie jedynie Picasso albo impresjonizm. Jeśli chodzi o kleksy, to sama ich nie rozumiem. One nawet nie wołają o zrozumienie. To, że ktoś ich nie zrozumiał i czuje z tego powodu dyskomfort, może powinien się trochę zrelaksować, odpocząć. To trochę tak, jak z wysłuchiwaniem w operze utworów świeckich przy których dawniej świetnie się bawiono a my słuchamy ich ze śmiertelną powagą, bo przecież jesteśmy w teatrze. Ile miałam rozrywki czytając np. Ucztę Platona. Mężczyźni spotykają się na kacu by trochę pogadać o miłości. A Kubuś Fatalista i jego pan Diderota z XVIII wieku? Uśmiałam się do łez! Mam na myśli to, że sztuka ciągle jeszcze kojarzy nam się z czymś elitarnym, więc przybieramy wobec niej różne śmieszne pozy. Chodzi o to, że artyści często wracają do tradycji i ciągle na nowo ją interpretują, nie pozwalając na mnożenie się skostniałych schematów.

Wspominasz o realizmie - a to pojęcie względne, wystarczy np. przytoczyć pytanie o prawdziwość fotografii, czy oko widzi tak ostro jak nam to wskazuje fotografia cyfrowa? Polecam książkę Marii Poprzęckiej Inne Obrazy, która wymienia rodzaje zaburzeń widzenia, skaz, zamglenia mającego odzwierciedlać prawdziwe, bo przecież nie mechaniczne postrzeganie. Sama już pamięć jest tu najlepszym przykładem, takiej selekcji, zaćmienia. A Rembrant zresztą był bardzo nowatorski, dość kontrowersyjny. Malował światłem, światło w jego obrazach dosłownie skacze po powiece. Było to nie do pomyślenie w czasach wiernego oddawania kształtów i lokalnych, realistycznych kolorów przedmiotu.

Jeśli chodzi o tradycję w popkulturze, to nawet jeśli przemycone zostanie do masowego odbiorcy jakieś dzieło, pozostanie on zawsze leniwym odbiorcą masowym, a przemycone dzieło dla tego odbiorcy będzie nadal przemyconym dziełem w kulturze masowej. Nie wniesie to nic, żadnej nowej wiedzy, za Kantem powiedziałabym, że nie wytwarza się tu żaden sąd. Niestety sztuka wymaga zaangażowania, a wtedy możemy się zastanowić czy nadal jest to odbiorca masowy? Ale wieści dobre mam takie, że frak i binokle możemy zostawić na inną okazję, sztuka jest dla nas i tylko od nas zależy czy „działa”.

Ostatnio zwróciłem moje zainteresowania badawcze ku biografiom intelektualnym miast. Czy możesz wskazać stolicę współczesnego malarstwa? Czy jest takie jedno miasto, w którym każdy chciałby mieć swoją wymarzoną pracownię? A może wielkie metropolie są przereklamowane i artystycznego natchnienia lepiej szukać w górskich chatach lub duchowych samotniach na rubieżach świata?

Miejsce gra rolę, ale już chyba tylko w kontekście siebie samego czyli działań w rodzaju site-specyfic. Tak mi się przynajmniej wydaje, liczą się chyba relacje, aktywność i żywa wymiana myśli, która przebiega dziś, jak wiadomo, w dużej mierze w sieci. Czasem też przychodzi taka pora, by się na trochę odciąć od świata lub gdzieś pojechać. Wybieram się niebawem do Rumunii, już wiem że nikt się tam nie zatroszczy o mnie, pojawię się w nowym środowisku, bez pieniędzy, bez znajomości. Wiem że będę pracować w przestrzeni, robić jakieś zapiski, zdjęcia, może udam się w podróż. Pewnie, że fajnie mieć pracownię w dużym mieście, ale to nie powinno, zresztą nie sądzę aby warunkowało pracę. Wiem, że istnieje taki stereotyp pracowni – bałagan odbijający stan duszy artysty, jakieś osobliwe nierozegrane płótno czekające na ustąpienie rozterek, chętnie powielany w powieściach o malarzach jak w utworach: Tunel Ernesta Sabato, Mapa i terytorium Michela Houellebecqua, czy Nuda Albertha Moravi. Ktoś powiedział, że obecnie dom jest tam gdzie znajduje się laptop, więc może skoro artyści często dzielili swoje pracownie z sypialnią, to może jest to odpowiedź na to jak by się współcześnie sytuowała artystyczna przestrzeń?

Z czasów mojej podstawówki pamiętam powiedzenie: „Pokarz mi swój zeszyt, a powiem ci kim jesteś”. Ponoć ludzka dusza jest zaklęta w książkach znajdujących się na półkach prywatnych bibliotek. A może owa dusza najmocniej obnaża się poprzez obrazy wiszące na ścianach ulubionych pokoi. Gdybym miał wybrać, spośród wszystkich możliwych dzieł wszechczasów, trzy dzieła do mojej filozoficznej pracowni, to zdecydowałbym się na: Śmierć Marata – J.L. Davida, Wędrowca nad morzem mgły – C.D. Friedricha oraz Oblężenie Roszeli – Henri’ego Motte. Jaki duch, jakie podejście do malarstwa, jakie idee zaklęte są w takim zestawie dzieł?

Scena postaci odwróconej tyłem na tle nieokiełznanego żywiołu jest tak często powielana w popkulturze i wszelkich odniesieniach artystów, że gdy teraz ktoś się do tego motywu odwołuje to nie wiem czy na poważnie czy z ironią. W poznańskiej galerii Arsenał została pokazana praca Wojciecha Pustoły, wideo z 2010 na którym obserwujemy mężczyznę stojącego tyłem na tle morza i gór, który nagle mąci spokój przedstawianej sceny ulżeniem sobie w mdłościach wywołanych prawdopodobnie opatrzonym pejzażem. Odpowiedziałabym Ci więc, że gratuluję świetnego poczucia humoru! W przypadku dwóch pozostałych, to powiedzieć mogę coś jedynie o obrazie J.L. Davida, ponieważ drugi nie był mi jak dotąd znany. W obrazie Śmierć Marata kryje się na pewno sporo intrygi. Taki obraz z niezłą historią „za plecami” (i w dodatku z wątkiem kryminalnym) mógłby wciągnąć niejednego ignoranta, jeśli chodzi o sztukę. Jest to właściwie nawet gotowy scenariusz do filmu! Tak więc myślę, że na podstawie tego zestawu można by powiedzieć, że jesteś zabawnym, może odrobinę melancholijnym facetem, który lubi czasem poczuć dreszczyk emocji.

Jakiś czas temu dobiegły końca moje zmagania z radykalną hermeneutyką i postmodernistycznym chrześcijaństwem. W tej chwili rozglądam się za nowym przedmiotem badań. W pierwszym odruchu moje myśli zwróciły się ko wojnie, jako potencjalnemu tematowi przyszłych badań filozoficznych. Jakie są związki wojny i malarstwa? Jakimi dziełami powinienem się, Twoim zdaniem, zainteresować w pierwszej kolejności?

Mielibyśmy tu do czynienia z cała masą malarstwa batalistycznego, ale można się odnieść do batalii o wolność wypowiedzi, zniesienie cenzury itp. Dramatyczne działania czasami podejmowali artyści - performerzy w II połowie XX wieku o równość praw człowieka, równouprawnienie kobiet, Abramovic, Valie Export, Ukeles, Regina José Galindo. Inna batalia toczy się o obrazę godności osobistej i uczuć religijnych, czego mamy wiele przykładów u siebie, takich jak atak Olbrychskiego z szablą na wizerunki aktorów, którzy wcielali się w role nazistów, czy zniszczenie pracy Mauricia Cattelana Dzięwiąta godzina. Są i w historii dzieła, które stawały się kością niezgody, jak freski w kaplicy sykstyńskiej Michała Anioła i jego spór z papieżem Juliuszem II. Mamy też upamiętnione sprzeczki, jak kłótnia Van Gogha z Gauginem i słynny autoportret z odciętym uchem. Wracając do malarstwa ciekawy jest obraz Walka postu z karnawałem Petera Breugla, symbolizujący walkę Kościoła Katolickiego z Reformacją. Przychodzi mi też do głowy Andrzej Wróblewski i jego pełne dramaturgii obrazy związane z wojną i okupacją. Tak więc zależy to od podejścia. No i warto oczywiście pamiętać, że najbardziej znany obraz w Polsce to właśnie scena batalistyczna!

Poniżej: wykład mojej rozmówczyni wygłoszony w wirtualnym świecie Academia Electronica. Temat wykładu: Kurz w dobie okularników.

13:17, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 sierpnia 2014
Czy tylko Bóg wybacza?

Film Refna, choć estetycznie znakomity, znalazł się pod ostrzałem wielu frustrackich bluzgów, których naczelnym zarzutem było oskarżenie o bełkotliwość i pseudointelektualizm fabuły. Czy da się ocalić jego intelektualne przesłanie?

Słońce Zachodu zachodzi na Wschodzie

Rzadko dostrzega się, że film zawiera subtelną konfrontację Zachodu i Wschodu. Zachodni przybysze nie są przedstawieni  jako wszechmocni kolonizatorzy lub podróżnicy niosący światło cywilizacji. Z jednej strony są poranionymi sierotami, których relacje rodzinne i społeczne są poważnie zaburzone. Stąd wyraźna obecność w filmie freudowskich motywów kazirodztwa, kompleksu Edypa, fantazji o powrocie do matczynego łona. W tym przypadku Daleki Wschód miałby być spokojną przystanią, w której łagodzić można cywilizacyjne choroby Zachodu. Z drugiej strony przybysze z Zachodu jawią się jako wyjęci spod prawa wykolejeńcy, dla których Wschód ma stać się miejscem schronienia przed wyrokami sprawiedliwości.

W podobnie dualistyczny sposób ukazany jest także świat Dalekiego Wschodu. Gdy w pierwszych scenach filmu, brat Goslinga deklaruje chęć spotkania się z diabłem, to oznacza to konfrontację z przesłoniętym półmrokiem światem powszechnej prostytucji dziecięcej i wszechobecnej przemocy. Oniryczne światła filmu odkrywają to oblicze skrywane za słońcem oficjalnych broszur turystycznych. Jednakże świat azjatyckiego Wschodu jawi się także jako ostatnia ostoja szlachetnych cnót i rycerskiego etosu, którego ucieleśnieniem jest policjant Chang. Kto wygrywa w tej konfrontacji? Nieoczekiwanie okazuje się, że poobijani ludzie Zachodu są nadal wystarczająco silni, by zdominować przeciętnych mieszkańców przemykających ciemnymi ulicami miast. Natomiast w konfrontacji z obrońcami starych cnót, ludzie Zachodu zostają totalnie zgniecieni, co pokazuje walka Changa i Goslinga.

Duchowość w świecie bez Boga

Tytuł filmu wydaje się być zwodniczy, gdyż jego uniwersum jest światem wyraźnie obywającym się bez Boga. Bezpośrednie motywy religijne pojawiają się tylko na marginesach filmu, w skromnych aluzjach i podtekstach. Przy odrobinie wysiłku można jednak przedstawionym wydarzeniom nadać interpretację religijną i zrekonstruować filmową duchowość. Kwestią sporną pozostaje to: czy interpretować film w kategoriach religii chrześcijańskiej czy też kultów dalekowschodnich? Podążę drogą chrześcijańską, gdyż jest mi lepiej znana.

W pierwszej kolejności należy podkreślić, że w filmie nie pojawia się Bóg. Nie jest nim inspektor Chang, który posiada wyjątkowe zdolności i jest nietykalny. Jest on raczej jedynie wyjątkowym reprezentantem dobra i sprawiedliwości, który jednakże cały czas kieruje się logiką spłaty długów (oko za oko), dlatego słusznie jest nazywany Aniołem Zemsty. Chang nie jest Bogiem, ponieważ nigdy tak naprawdę nie wybacza.

Zagadkowymi momentami filmu są dziwne koncerty karaoke, które  pojawiają się po brutalnych aktach ustanawiania sprawiedliwości na tym świecie. W tym aspekcie film w jakimś stopniu wydaje się naśladować antyczną tragedię, w której przemocy ma towarzyszyć katartyczne uspokojenie i rozładowanie negatywnych emocji. Tu także przejawia się typowa dla dalekowschodnich religii logika równowagi, w myśl której zła karma (brutalne akty sprawiedliwości) musi zostać zbalansowana przez dobrą karmę (sielankowe piosenki o miłości). Koncerty karaoke są więc rytuałami oczyszczenia.

Przebaczenie a logika pojednania

Film kończy scena, której możemy przypisać znaczenie ewangeliczne. Obserwujemy w niej Goslinga, jako skruszonego grzesznika, który pokornie wystawia ręce, by mu je docięto. Jeśli twoje ręce są źródłem grzechu, odetnij je. Lepiej byś ułomnym wkroczył do Królestwa niebieskiego, niż byś miał sprawnym zmierzać ku zatraceniu. W tej scenie wyraźnie widać, że cały film przesiąknięty jest „logiką pojednania”. Wyznanie winy, skrucha, rekompensata i pojednanie. Oto logika spłaty długu, którą rządzi się „ten świat”, o którym wspominał św. Paweł.

Natomiast Królestwo boże rządzi się szaloną logiką i głosi radykalizm ewangelicznego przebaczenia. Przebaczenie jest darem, który powinien być udzielany tym, którzy nie odczuwają skruchy i tkwią przy złu. Zdrowy nie potrzebuje bowiem lekarstwa, które najbardziej potrzebne jest temu, który pogrążony jest w chorobie grzechu. W takim przypadku przebaczenie staje się pozytywna prowokacją, nadmiarem i ekscesem dobra, który ma przywieść do Boga i sprawić, że w człowieku dokona się metanoia (tu rozumiana jako przemiana serca, a nie Platońskie zwrócenie się ku słońcu prawdy). Zaprawdę, tylko Bóg prawdziwie wybacza!

Do obejrzenia: kolejna ciekawa interpretacja filmu. Do posłuchania: utwór – Wanna fight. Poniżej: starcie Wschodu i Zachodu.

15:25, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 stycznia 2013
Diaz - Mrok musi poprzedzić apokalipsę.

Diaz G8

Dziś Oni, jutro My

Film Diaz opowiada o brutalnym szturmie włoskiej policji na szkołę, w której przebywali przeciwnicy szczytu G8 w Genui. Twórcy filmu ograniczyli ilość podawanej radykalno lewicowej ideologii do koniecznego minimum, skupiając się raczej na losach bohaterów i rekonstrukcji tragicznych wydarzeń (przedstawianych z różnych perspektyw). Przez to ich dzieło stało się narracją o władzy, która drastycznie przekraczając przysługujące jej prawo do stosowania środków przemocy, oddaje się szaleństwu linczowania, przebiegłości fabrykowania dowodów oraz perwersyjnej ekscytacji „ścieżkami zdrowia” i więziennym molestowaniem. Policja ma obowiązek odpowiadać siłą, gdy sama spotyka się z atakiem rozhukanych tłumów (i nie ma tu znaczenia czy jest to tłum anarchistów demolujących banki, kiboli-narodwców dewastujących stadiony, czy też emigrantów podpalających francuskie miasta). Jednakże, gdy brutalna siła władzy dosięga poddającej się osoby lub obezwładnionego więźnia, to taka przemoc domaga się zdecydowanego sprzeciwu.

Apokalipsa, która nigdy nie nadejdzie

Opuśćmy Genuę i przenieśmy się do Rostocku, a dokładnie wróćmy do bardzo ciekawego zwiastuna promującego demonstrację sprzeciwu wobec kolejnego szczytu ośmiu najbogatszych państw świata. Analizując pojawiające się tam pompatyczne hasła można dostrzec, że ruch alterglobalistyczny (który przeistoczył się obecnie w ruch Wkurwionych) jest przepełniony wytworami wyobraźni apokaliptycznej. Samozwańczy władcy „tego świata” prowadzą ciągłą wojnę, by zachować kontrolę nad wyniszczaną planetą. Ich hegemonia dobiegnie kresu, gdy niespodziewanie (w mgnieniu oka, w chwili największego mroku) jedna demonstracja odmieni historię ludzkości. Gdy przeminą już czasy panowania globalnych technokratów, to spod ruin ich świata wyłoni się nowa ziemia obiecana. W Rostocku miało dojść od ostatniego spotkania reprezentantów „starego świata”, po którym grzech gwałtu na planecie miał zostać wymazany, a tonąca cywilizacja kontroli i wyzysku miała przeistoczyć się w raj wolności. Niestety, apokalipsa nie nadeszła. Znów została odwleczona w czasie. Czy wtedy w Rostocku, w samym sercu szczytu G8, znalazł się „jeden sprawiedliwy” i dlatego apokalipsa nie nastąpiła? A może istotą apokalipsy jest oczekiwanie na jej nadejście, a nie samo wydarzenie końca?

Co skrywa czarna maska?

Czarny blok, który pojawia się w filmie nie jest żadną skrajną organizacją, lecz sposobem prowadzenia protestów. Kolorowe jądro demonstracji jest otoczone przez zwarty kordon zamaskowanych ludzi, którzy są jednolicie ubrani na czarno i tworzą black bloc. Oficjalnie mają chronić zwykłych demonstrantów przed atakami policji i różnego rodzaju faszystów. Nieoficjalnie „czarny blok” ma angażować się w działania sprzeczne z prawe (demolowanie sklepów i samochodów), a jednolity ubiór utrudnia zidentyfikowanie najbardziej gorliwych rewolucjonistów. Do obejrzenia promocyjny materiał ukazujący akty „słusznego gniewu” przeciwko złu „korporacyjnej własności”. Do poczytania książka Black Bloc. White Riot. Do posłuchania dwa utwory z filmu: Never the Same i Stare a Guardare. Cały film (który polecam) można zobaczyć na youtube (niestety tylko po włosku).

21:50, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 listopada 2012
Lana Del Rey jest Carlem Schmittem popkultury

Lana Del Rey Cola Baudelaire Carl Schmitt

Cola

Tylko Carl Schmitt znał wagę pierwszych zdań, które rozpoczynają literackie dzieła. Jego otwierające zdania mają potężna moc, niczym pioruny wdzierają się w umysły czytelników i raz na zawsze już w nich pozostają. Któż nie zadrżał czytając pierwsze zdanie jego „Teologii politycznej”: Ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, jest suwerenem. Proste i mocne przesłanie, które powala i nawiedza myśl. Dokładnie takiego samego wstrząsu i oczarowania można doświadczy wsłuchując się w pierwsze słowa utworu Cola. Kto wskaże lepsze zdanie otwierające jakąkolwiek inną piosenkę? Po tych słowach nic nie jest już takie jak wcześniej. Słowa, które ciągle wracają i nawiedzają myśl. Check this out!

Born to Die

Cola to jedno, a Born to Die to zupełnie coś innego. Jest to teledysk bardzo mocno przesiąknięty Baudelaire’owskimi klimatami. Doświadczamy w nim wzajemnego przenikania się dwóch światów. Z jednej strony jest wyrafinowany estetyzm arystokratycznej sztuki (architektury starego świata), a z drugiej strony mamy do czynienia z nieokrzesanym i bulwarowym obliczem młodej bohemy. Całość utworu przenika mroczna sugestia, którą już kiedyś sformułował Agent Smith podczas finalnej potyczki z Neo. Smith, który obsesyjnie poszukiwał celu ludzkiego życia, w ferworze walki stwierdził, że: Celem życia jest śmierć! Zwróćmy uwagę, że w pewnym momencie utworu padają słowa: Cause You and I, We were born to Die. Na końcu ginie jednak tylko dziewczyna. I tu właśnie pojawia się Baudelaire, który stwierdza, że w momencie, w którym mężczyzna upada w miłość (fall in love) do femme fatale, przeżywa swoją własną śmierć i dalej jest już tylko umarłym za życia.

22:47, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2012
Samsara - świątynie i kluby go-go

Samsara film Movie

Samsara podąża szlakami wytyczonymi przez takie filmy jak Baraka lub Naqoyqatsi. Jest to epicka opowieść o nieprzerwanej podróży poprzez pustkowia natury, świątynne mury, ulice gigantycznych metropolii, fabryczne hale, wysypiska ludzkości, roztańczone więzienia, defilady wojskowe i…. kluby go-go.

Człowiek nie jest częścią natury

Film uchwytuje monotonię, skamieniałość i statyczność życia natury. Pustynności środowiska naturalnego zostaje przeciwstawiony spektakularny dynamizm gigantycznych metropolii z ich tętniącymi życiem autostradami i liniami metra, które są ich aortami. Tylko betonowa dżungla tętni życiem, a jej pozorny chaos i nieuporządkowanie jest tak naprawdę harmonią sprawnie działającego organizmu. Oglądając film łatwo dostrzec jak bardzo człowiek nie pasuje do świata natury, jak bardzo jego bycie w świecie jest byciem na wspak lub przeciw naturze. Tylko człowiek buduje stoki narciarskie na pustyni, tworzy sztuczne archipelagi na wodach oceanu i żegna swoich zmarłych składając ich do trumny w kształcie dubeltówki, do której zmarły jest ładowany niczym nabój. Twórcy Samsary pokazują także jak bardzo zacierają się różnice pomiędzy człowiekiem (np. gejszą w pełnym makijażu) a robotem, gumową sex-lalką lub strachem na wróble. To nie maszyny udają prawdziwych ludzi, lecz ludzie imitują swoje sztuczne podobizny.

Łańcuch pokarmowy miasta molocha

Przepych tętniącej życiem tkanki miasta musi produkować ogromne ilości niezbędnej do przetrwania żywności. Gigantyczne fabryki, ze szwajcarską precyzją, dokonują masowego uboju zwierząt. Ich pracownicy, na co dzień obcują z tysiącami martwych i patroszonych zwierząt. Jednakże widok zwierzęcego mięsa, które jeszcze przed chwilą było żywe, nie wzbudza współczucia. Masowa produkcja mięsa prowadzi do neutralizacji traumy i wyciszenia emocji związanych z zabijaniem, których nie brakuje podczas pojedynczych ceremonii rytualnego ofiarowania zwierząt. Pożywiające się miasto tworzy monstrualne wysypiska śmieci, owe wstydliwe miejsca zamieszkiwane przez ludzi społecznego marginesu. Tu kończy się miejski łańcuch pokarmowy i ma swoje źródło początek końca. W ostateczności nie pozostaną nawet śmieci jako resztkowe ślady zanikającej ludzkości, lecz tylko pustynia z jej bezkresnymi górami piasku.

Pusta świątynia czekająca na ……. Kogo?

Samsara w pewnym momencie kontrastuje ze sobą duchowe oblicze współczesnego islamu i chrześcijaństwa. Obrazy Mekki przepełnionej niezliczonymi pielgrzymami ginącymi w anonimowości tłumu przeciwstawione zostają przepychowi najpiękniejszych świątyń chrześcijaństwa, w których nie słychać odgłosów gorliwych modlitw. W zachodnich świątyniach nie ma już ludzi, ale nadal w ich sakralnej pustce do się odczuć obecność czekającego na odkrycie Boga. Natomiast najbardziej zagadkowym i demonicznym fragmentem filmu jest szokujący performance Olivera de Sagazana prezentującego swoje słynne transfiguracje. Może to właśnie tacy bogowie wprowadzą się do pustych świątyń Zachodu?

Do posłuchania motyw gejszy, który od 1.50 płynnie przechodzi do tematu muzycznego z azjatyckiego klubu go-go, chyba najbardziej epickiej sceny filmu.

15:25, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2012
Łabędzi śpiew nieumarłego Hollywood

Hollywood undead

Po przesłuchaniu najnowszej płyty Linkin Park (Living Things) trzeba stwierdzić, że znajdzie się na niej z 5 bardzo pozytywnie wyróżniających się utworów. Słyszalny jest ciągły odwrót od stylistyki nu-metalu, a tym razem mamy zwrot do jakieś wariacji elektro-rocka. O wielkiej chwale z okresu Hybrid Theory i Meteora nie może już być mowy. Właśnie z tego powodu moim najciekawszym odkryciem muzycznym tego lata jest zespół Hollywood Undead i jego płyta Swan Songs. 5 utworów zasługuje na szczególne wyróżnienie.

Undead – to swoisty rebeliancki manifest grupy i jednocześnie zdecydowane, bezpardonowe wypowiedzenie wojny wszystkim hejterom. You better get up out the way. Tomorrow we'll rise so let's fight today. You know, I don't give a fuck what you think or say. Cause we'll rock this whole place anyway.

City – bardzo apokaliptyczny utwór, który może być interpretowany jako manifestacja aktywnego nihilizmu. Let's watch this city burn. From the skylights on top of the world. Til there's nothing left of her. Let's watch this city burn the world.

Young – absolutny hit, burza i napór rewolucyjnego ducha pulsuje w każdym fragmencie tego dzieła. Utwór został przywłaszczony przez niemieckich Nieśmiertelnych, ale musi zostać koniecznie odzyskany przez neocons. We are young! But we have heart. Born in this world as it all falls apart. We are strong. We don't belong. Born in this world as it all falls apart.

Black Dahila – znakomite wyrównanie rachunków z dekadencką femme fatale. I've been abused, I feel so used, because of you. I'm sorry oh. I'm sorry no.

Paradise Lost – pełna pretensji skarga i radykalne wadzenie się z Bogiem, dokonywane w horyzoncie wielkiej katastrofy. Let it all burn. I will burn first. God I've tried, am I lost in your eyes?

Poniżej: na koniec lata coś o lżejszym ciężarze gatunkowym.

14:45, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 sierpnia 2012
To Bane jest Mrocznym Rycerzem!

Mroczny Rycerz powstaje jako Bane

Od komedii do dramatu

Stara tetralogia, która rozpoczynała się od Batmana z Michaelem Keatonem i kończyła się na Batmanie i Robinie, to zbiór filmowych komedii akcji. Pierwsze dwie części są bardzo groteskowe i przepełnione czarnym humorem. Przy pierwszym podejściu nie kojarzą się z komediami, ale nawet tacy złowrodzy bohaterowie jak Joker lub Pingwin nie są pozbawieni specyficznej komiczności. Ten komiczny wymiar został w pełni zrealizowany w znakomitym Batmanie Forever, w którym fenomenalnymi komediowymi kreacjami popisali się Tommy Lee Jones (Dwie Twarze) i Jim Carrey (Człowiek Zagadka). Cała seria została przypieczętowana masakrycznym Batmanem i Robinem, który był jedną wielką i katastrofalną komedią pomyłek. Nieomal każdy element tego filmu nadawał się do totalnego obśmiania. Wraz z przejściem do trylogii Nolana mam do czynienia z przekształceniem filmów o Batmanie w poważne i niepokojące dramaty, nad którymi unosi się widmo zła (samobójstwa Heatha Ledera i masakra na premierze ostatniej części trylogii). To przejście znakomicie obrazuje ewolucja dwóch bohaterów Bane’a i Robina. W starej tetralogii Bane był totalnie odmóżdżonym, sterydowym mutantem, w trylogii Nolana stał się charyzmatycznym pogromcą Batmana. Znacznej przemian doznał także Robin, który z cyrkowca w kolorowych ciuszkach i przydupasa Batmana przemienił się w bohaterskiego następcę Mrocznego Rycerza.

Occupy Gotham?

Bane nie jest ucieleśnieniem czystego zła i nie wprowadza żadnej lewicowej rewolucji. Bane przebywał w podziemnym więzieniu owej piekielnej jamie, do której strącano potępieńców, by do końca życia kusić ich nadzieją na wyzwolenie. To właśnie w tym chtonicznym mroku zrodziło się dziecko, które było ikoną niewinności i dobra. Dlatego musiało zostać zniszczone przez otaczające je zło. Bane nie jest okrutną bestią! On jest opiekunem i obrońcą niewinnego dobra. Wkraczając do Gotham dokonuje on zdemaskowania szlachetnego kłamstwa, na którym opierał się ład prawny miasta Gotham. W ten sposób wywołany zostaje stan wyjątkowy, a tłum, który staje się suwerenem dokonuje samosądów na miejskich oligarchach. Nie jest to jednak rewolta w stylu Occupy Gotham, to nie jest nawet konserwatywna przestroga przed zwyrodnieniami rewolucji. Bane dając władzę tłumowi chce pokazać tkwiące w nim zło. Szybko okazuje się, że owe 99% nie jest w niczym lepsze od oligarchicznej elity jednego procenta. Nawet Selina Kyle, która była zwolenniczką sprawiedliwej redystrybucji dóbr, widząc zwyrodnienie tłumu dystansuje się od jego grabieży i gwałtów. Bane chce pokazać, że w Gotham nie ma ani jednego sprawiedliwego i właśnie z tego powodu miasto musi zostać zniszczone niczym biblijna Gomora. W kluczowej scenie filmu jeden z oligarchów stwierdza, iż Bane jest czystym złem, a on mu odpowiada, iż jest koniecznym złem. Zło konieczne można czynić tylko w służbie dobra. W tym momencie rodzi się bardzo kontrowersyjne pytanie, które słusznie może wzbudzać bojaźń i drżenie. Czy nie jest tak, iż to prawdziwe Dobro jest tym w imię czego lub, dla którego warto dopuszczać się czynienia zła? Zaprawdę powiadam, prawdziwy mrok spowija trylogię Nolana.

Do posłuchania utwory Fire Will Rise i Risen From Darkness.

16:23, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 lipca 2012
Szukając Prometeusza

Prometeusz ufologia

Uwaga spoilery!

Bogowie przybyli z kosmosu

To będzie kultowy film dla wszystkich zwolenników ufologicznych teorii. Wniebowzięci będą wielbiciele książek Ericha von Dänikena, obrońcy koncepcji planety Nibiru (Zacharia Sitchin) oraz wyznawcy wszelkich ufologicznych sekt (realianie). Prometeusz reaktywuje klasyczną teorię ufologów twierdzących, że to kosmiczni przybysze odpowiadają za stworzenie życia na Ziemi i rozwój starożytnych cywilizacji. To ma oczywiście prowadzić do podważenie prawomocności światowych religii, a w szczególności trzech wielkich religii monoteistycznych (politeiści zawsze mogą sobie dodać kolejnych bogów). Sam fakt stworzenia życia w efekcie działania obcych cywilizacji nie neguje możliwości istnienia nadprzyrodzonego Boga. Nadal sensownym pozostaje pytanie o pochodzenie życia stwórców życia na Ziemi. Ufologiczne koncepcje jedynie kasują uprzywilejowaną pozycję człowieka w kosmosie. Co ciekawe, nawet ortodoksyjne kręgi Watykanu nie poddały się ufologicznej fobii. Z watykańskiego obserwatorium astronomicznego dobiegały głosy akceptujące możliwość istnienia w Wszechświecie innych form życia. Przy czym podkreślano, że przybysze z kosmosu będą kolejnymi owocami stwórczej mocy Boga.

Kreator i jego kreacja

W filmie mamy do czynienia z prostą definicją boga. Bogiem jest ten, kto potrafi stwarzać. Prometeusz jako stwórca ludzi podpada pod definicję boskiej istoty. Kto w filmie jest Prometeuszem? Role stwórców pełnią Inżynierowie i korporacja Weylanda. Stosunek humanoida Davida do ludzi odzwierciedla paralelną relację pomiędzy ludzkością i Inżynierami. David został powołany do istnienia, ponieważ ludzie byli do tego zdolni i nie musiał przysługiwać im jakiś wyższy cel. Jeśli przyjrzymy się powodom stworzenia człowieka w akcie boskiej kreacji, to możemy dojść do nieco podobnych wniosków. Doskonały Stwórca niczego nie potrzebuje, nie szuka naszego towarzystwa, nie potrzebuje naszej miłości, nie ma w Nim braku, który mamy wypełnić. Być może jest to warunek stworzenia motywowanego bezinteresowną miłością. Gdybyśmy mogli coś wnieść do istnienia Stwórcy, to jego dar życia nie byłby bezinteresowny. Bóg nie stawia pytania o dlaczego. Pamiętajmy także, że kreacja zawsze wiąże się z koniecznością podjęcia pewnego ryzyka. Bardzo dobrze wyraził to Ian Malcom w filmie Park Jurajski stwierdzając, iż „Bóg stworzył dinozaury, Bóg zniszczył dinozaury, Bóg stworzył człowieka, człowiek niszczy Boga, człowiek stworzył dinozaury… dinozaury zjadają człowieka”. Może Inżynierowie tak obsesyjnie chcieli zniszczyć ludzi, ponieważ obawiali się, że przyniosą oni zagładę.

Inżynierowie niczego nie stworzyli!

Jeśli w sposób niestandardowy odczytamy pierwszą scenę filmu, to nie musimy przyjmować tezy o intencjonalnym stworzeniu ludzi przez Inżynierów. Na samym początku filmu oglądamy jednego z Inżynierów, który popełnia samobójstwo wypijając czarkę z tajemniczą czarną mazią (przypomina się „czarny rak” z serialu Archiwum X). Z resztek jego rozkładającego się DNA rozwinęło się życie na Ziemi. Jego czyn przypomina rytualne samobójstwo (samuraj popełniający harakiri), do którego został przymuszony ponosząc konsekwencję za jakiś występny czyn. Inżynierowie nie chcieli stworzyć ludzi, którzy stali się przypadkowym, ubocznym efektem ich obecności na Ziemi. Tam gdzie jedni widzą czysty przypadek, inni mogą dostrzec przemyślne działanie Opatrzności. Dlatego podtrzymywana przez Shaw wiara jest jak najbardziej zasadna.

Możemy także spojrzeć na pierwszą scenę z perspektywy nieco bardziej mitologicznej, odwołując się do mitu o stworzeniu ludzi z gliny i łez. Olbrzymi tytan byłby wtedy Prometeuszem, który musi ponieść karę za swoje występki. Wynikiem tego jest powstanie człowieka z brudnej rozkładającej się mazi jego ciał i łez ziemskiego wodospadu.

Do przeczytania: rozważania Foxa nad boskimi źródłami ziemskiej władzy. Do obejrzenia świetne materiały promujące film: wiadomość Shaw dla Weylanda, reklama Davida jako nowego produktu i przemówienie Weylanda podczas konferencji TED.

PS: czy Vickers była robotem, który sam o tym nie wiedział?

PS2: dla niebojących się obsceniczności podaje prawdziwe powody gniewu Inżynierów.

15:24, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (14) »
wtorek, 03 lipca 2012
Krótka historia fałszywego upadku doktora House’a

Gregory House i filozofia i dekadentyzm.

Ostatnia scena przebojowego odcinka Out of the Chute widziana z 4 perspektyw: widza, House’a, Wilsona i młodych Zachodu.

Skonfundowany widz

Z tej perspektywy obserwujemy porażkę upadłego bohatera, dla którego ciało jest klatką i tylko śmierć może być wyzwoleniem z tego więzienia. Skok w otchłań kresu nocy jest zwieńczeniem procesu egzystencjalnej alienacji i autodestrukcji. Wszystko wydaje się zmierzać do tragicznego końca i nagle wydarza się to co nieoczekiwane. Zostajemy postawieni na głowie. Ten, który miał zostać pokonany i umrzeć, zakpił ze śmierci i  przezwyciężył jej pokusę. Widz zostaje skonfundowany, gdyż nie wierzył w możliwość niemożliwego. Okazuje się, że prowadzeni na śmierć mogą ocaleć.  

Wydarzenie przekształcające

Z perspektywy House’a wszystko wygląda inaczej. Bohater wkracza na drogę, której zwieńczeniem ma być odrodzenie, ponowne narodziny, produktywne powtórzenie „w przód” swojego życia. Takie powtórzenie, znane z filozofii Kierkegaarda, nie powtarza życia takim jakim było, lecz powtarzając wytwarza jego zupełnie nową jakość. Ciało jest klatką, ale klucz do niej ma umysł. Ciało będzie uzdrowione, gdy w umyśle dokona się metanoia (duchowy zwrot, przemiana).  To co ma utonąć wypłynie na powierzchnię, a rwący bieg rzeki zostanie odwrócony. Od początku do końca tej sceny House zmaga się sam ze sobą. Dokonuje się w nim przemiana, jednakże nie musi to być przemiana na lepsze.

Skok błazna

Wilson dostrzega w całym zdarzeniu performance złośliwego, nieznośnego błazna/pajaca. House/błazen pod maską kpiny, rechotu i ironii skrywa cierpienie, lęk i wyobcowanie. Wydaje się, że głosi proste przesłanie: love, friendship, life, death, God, human everything sucks! Ale jest to tylko gorzkie kłamstwo zaklinające rzeczywistość, które ma przykryć i zamaskować własne niedopasowanie.

„My” młodzi Zachodu

Wydaje się, że młodzież, która wskakuje za House’m do basenu reprezentuje witalizm, energię, optymizm i otwarcie na to co przyniesie nieprzewidywalna przyszłość. Tak naprawdę jest ona ucieleśnieniem nowego rodzaju „miękkiego nihilizmu”. Nie jest to mroczny nihilizm znany z powieści Dostojewskiego, lecz „nihilizm z happy endem”, który opisywał Allan Bloom w swojej znakomitej książce Umysł zamknięty. Manifestem tego nowego nihilizmu jest dialog młodych i House’a:

House: Co robicie kiedy zwyciężacie?

Młodzi: Imprezujemy!

House: Co robicie kiedy przegrywacie?

Młodzi: Imprezujemy ostrzej!!!

Dokładnie taką postawę reprezentowali podczas minionego Euro, tak bardzo chwaleni przez media, Irlandczycy. Co z tego, że nasza drużyna była beznadziejna. Nic się nie stało, nic nie trzeba zmieniać, każda okazja jest dobra na kolejny melanż. Za rok przegramy 100-0 i też będzie spoko euro koko. Bo gra i melanż są najważniejsze.

Do posłuchania: Peter Gabriel – My Body is a Cage. Poniżej: omawiana scena z serialu.

16:23, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 kwietnia 2012
Iron Sky i popkulturowa estetyzacja nazizmu

Iron Sky

Ziemia jest chora, my jesteśmy lekarstwem!

Pożegnanie z traumą nazizmu.

Czy mamy do czynienia z kolejną próbą ocieplenia wizerunku Niemców? Czy po Stalingradzie, Upadku (Iron Sky zawiera nieudaną parodię słynnej i masowo przerabianej sceny z tego filmu, lepiej rzucić okiem na przeróbkę o wpisie do indeksu z analizy matematycznej) Kobiecie w Berlinie i Gustloffie nadszedł czas na popkulturowy nazizm? Czy możemy się śmiać z nazizmu, gdyż jego trauma została już przezwyciężona? Chaplin, w swoim mistrzostwie, potrafił śmiać się z nazizmu w sposób krytyczny. Jego śmiech był mieczem wymierzonym w faszystowskiego demona. W Iron Sky ten wymiar satyry nie jest obecny. Benigni poszedł jeszcze dalej, niż Chaplin. Pokazał, iż można zrobić komedię o Szoa. Stworzył komedię, która nie wzbudza oburzenia, lecz kwestionuje realistyczno-patetyczną formę zaświadczania o Zagładzie. Dziś zmagamy się z dylematem obozów zagłady, które budowane są z klocków LEGO. Jako zabawka dla dzieci, takie klocki są nie do zaakceptowania. Natomiast, można dyskutować o ich prezentowaniu w muzealnych salach.

Oni są nazistami! Są tacy cool!

W jednej z najlepszych scen Iron Sky obserwujemy przekształcenie nazizmu w atrakcyjny produkt marketingu politycznego. Cały film przesiąknięty jest pewną fascynacją nazistowską estetyką. Mesmeryczny czar architektury Speera, norymberskich wieców, uwiecznionych w epickich filmach Riefenstahl, sprawia, iż łatwo ulec ich uwodzicielskiej mocy. Nazizm nie zapominał także o modzie. Mundury od Hugo Bossa i pojazdy od Ferdynanda Porsche, zostały uzupełnione przez wydekoltowane fashionistki, przerobione na faszystki mody. Świat Iron Sky nie ma nic wspólnego z bolszewickim dziadostwem. Faszystowska estetyka przyciąga nie tylko prawicowych konserwatystów. Na jej mesmeryzm nie są odporne lewicowe ikony popkultury (Lady Gaga, Lars von Trier), homoseksualiści (Ernst Röhm, John Galiano), a nawet Żydzi (film Fanatyk). Teza o jedności piękna i dobra staje się problematyczna. Piękno przeobraża się w nośnik zła lub jest poza dobrem i złem.

We are coming in peace!

Zakończenie filmu przynosi pesymistyczne przesłanie. Ludzkość zjednoczona w walce ze wspólnym wrogiem, zaraz po jego pokonaniu, rzuca się sobie do gardeł w Hobbesowskiej walce wszystkich ze wszystkimi. Walce toczonej o surowce skrywające się po ciemnej stronie Księżyca. Paradoksalnie, to właśnie przybycie kosmicznych nazistów przynosi pokój. Mieszkańcy Ziemi potrafią się zjednoczyć i pokojowo współpracować tylko w obliczu wspólnego zagrożenia z zewnątrz.

W ramach uzupełnienia warto rzucić okiem na dwa filmu. Kuriozalny film Surfujący naziści muszą umrzeć oraz bardzo interesujący Fatherland (naziści wygrywają wojnę i ukrywają prawdę o Holokauście, oficer SS ujawnia skrywaną prawdę o przeszłości Rzeszy, to owocuje zerwaniem relacji Hitler-Kennedy).

Do posłuchania polecam znakomity utwór Laibach – B-Mashina oraz klimatyczne Under the Iron Sky i Götterdämmerung Muss Fliegen. W klimaty filmu  dobrze wpisywałaby się też estetyka grupy muzycznej Von Thronstahl.

22:53, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2012
Wstyd seksualnego wolnego strzelca

 Wstyd Fassbender Alfie

Žižkowska teza o odwróconym zakazie Superego

Klasyczny zakaz Superego brzmi: Nie doznawaj przyjemności! W zliberalizowanej wersji chodzi o powstrzymanie się od angażowania w zakazane przyjemności, które są piętnowane przez panujący w danym momencie etos moralności publicznej. Oddawanie się zakazanym przyjemnością wzbudza w nas poczucie winy, wywoływane złamaniem surowego i rygorystycznego zakazu Superego. Kto przekracza obyczajowe normy, staje się piętnowanym człowiekiem marginesu. Współczesne postmodernistyczne społeczeństwa rozbiły wszelkie uniwersalistyczne systemy wartości. Rewolucja w moralności przyniosła zmianę zakazu w nakaz Superego. Dziś brzmi on: Doznawaj przyjemności! Dla permisywnej kultury, to właśnie niedoznawanie przyjemności staje się grzechem. Zbiorowe Superego staje się instancją przymuszającą do ciągłego maksymalizowania hedonistycznej rozkoszy. Ci, którzy odmawiają przekraczania kolejnych granic perwersyjności, stają się nowymi potępieńcami. Tak otwiera się droga do uniwersum filmu Wstyd.

Eros jako masturbacyjny pornos

Pożądanie Brandona, głównego bohatera filmu, jest banalne i pozbawione wszelkiej epickości. W filmie nie ma miejsca na starcie apolińskiej męskości z demonicznym i chtonicznym urokiem zniewalającej kobiety fatalnej. Obiektem pożądanie Brandona nie są kobiety, lecz samo ekstatyczne doświadczenie zmysłowej przyjemności. On nie poluje na kobiety, a jedynie korzysta z tego co jest w danym momencie pod ręką. Dlatego kontekst doznawania rozkoszy nie ma dla niego żadnego znaczenia. Może to być seans hardcorowego filmu, perwersyjny trójkąt z prostytutkami, gejowski skok w bok w darkroomie lub onanizowanie się w firmowym kiblu. Doznawaj przyjemności i zmysłowego erosa zmieniaj w kopulacyjnego pornosa.

Alfie idzie do piekła

Wstyd trzeba odczytywać jako złowrogi rewers filmu Alfie. Tytułowy bohater jest beztroskim lowelasem i kolekcjonerem orgazmów. Jego erotyczne podboje są sporadycznie przerywane przez mniejsze lub większe wstrząsy. Niechciana ciąża, chwilowa impotencja, zrobienie z najlepszego przyjaciela rogacza i klęski kolejnych związków nie pozostają bez negatywnego wpływu na duszę rasowego playboya. Jednakże, Alfie po krótkich rozterkach może sobie powiedzieć, że jutro może być kolejny szczęśliwy dzień. Po chwilowym czyśćcu, znów może zmierzać do beztroskiego Edenu. Zamiast Alfiego do piekła zstępuje Brandon, który tonie w krwi swojej siostry i mroku libertyńskiego miasta. U kresu swojej drogi doznaje katharsis, lecz otwarte zakończenie ponownie stawia go przed niebezpieczeństwem powrotu do terroru pożądania. Może Brandon w ostatniej scenie nie opuścił jeszcze piekła? Może spotkał swoją Beatrycze?

Do przeczytania ciekawa radykalno-hermeneutyczna recenzja - Stosunki post(m)oralne. Do posłuchania znakomity utwór – Unrevelling. Poniżej: doskonałe podsumowanie filmu.

22:15, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lutego 2012
Dziewczyna z tatuażem, która nie igrała z ogniem

Dziewczyna z tatuażem

Niedokończona lewicowa rewolucja

Jak wygląda socjaldemokratyczna Szwecja widziana oczyma Larssona/Finchera? Jest pełna zboczonych zwyrodnialców i prowincjuszy pogardzających sztokholmskimi mieszczuchami, zdominowana przez postnazistowską finansjerę i chrześcijańskich fanatyków(w filmie cytuje się okrutne fragmenty z żydowskiej Księgi Kapłańskiej, ale oskarżenie o religijny fanatyzm pada na katolików). Jak wyglądałaby Polska widziana oczyma autora trylogii Millennium? Z tych wszystkich lewicowych motywów wyróżnia się mroczna wizja wszechmocnych instytucji państwa opiekuńczego. Jednym z najbardziej odrażających bohaterów filmu jest Nils Bjurman, kurator i oprawca Lisbeth Salander, który brutalnie wykorzystuje uprawnienia nadane przez instytucje państwa opiekuńczego. Jednakże, spójność politycznej narracji nie zostaje naruszona. Twórczość Larssona wzywa do dokończenia lewicowej rewolucji. Szwedzkie instytucje państwowe, prawo i kosmopolityczne elity są już przesiąknięte lewicową ideologią, lecz tylko pozornie mamy do czynienia ze społeczeństwem socjaldemokratycznego dobrobytu i dobrostanu. Jeśli przyjrzymy się bliżej żywej tkance szwedzkiego społeczeństwa, to dostrzeżemy, że nawiedzają ją demony prawicowego ekstremizmu. Rewolucja się jeszcze nie skończyła. Trzeba ją zradykalizować.

Larsson vs Houellebecq

Trzeba zgodzić się z tezami głoszącymi, że w seksualnym uniwersum Larssona wszystko jest akceptowane i dozwolone, jeśli nie wiąże się z narzuconą przemocą. Nędzę takiego seksualnego „anything goes” obnaża w swojej twórczości Houellebecq. Autor Cząstek elementarnych zaczyna swoją krytykę współczesnych społeczeństw Zachodu w miejscu, w którym Larsson ją kończy. Ostatnia scena z filmu Finchera zdradza ludzkie pragnienie obdarzania (i bycia obdarzaną) specjalnymi uczuciami wyłącznie jednej osoby. Intymna więź między osobami ma być relacją zwrotną i jednocześnie ma ją cechować wyłączność. W ostatniej scenie widzimy jak Salander pragnie wręczyc Blomkvistowi bardzo drogi prezent. Jednakże, powstrzymuje się gdy dostrzega go w towarzystwie innej kobiety. Podarek trafia do kosza. Nagle okazuje się, że przez moment, rozczarowanej głównej bohaterce, przestaje być wszystko jedno.

Zapomniana dziewczyna z tatuażem na plecach

Z kursu filozofii skandynawskiej zapamiętałem stwierdzenie, że skandynawski feminizm nigdy nie nastawiał się na konfrontację z mężczyznami. Ciężkie warunki życia zmusiły kobiety i mężczyzn do kooperacji na rzecz wspólnego przetrwania. Trylogia Millennium podąża w innym kierunku i stawia na konfrontację. Nie przyjmujmy postawy nowotestamentowego obłudnika, który dostrzega drzazgę w oku bliźniego, a belki w swoim własnym nie zauważa. Świat Zachodu nie jest wolny od przemocy wobec kobiet. W rozerotyzowanym społeczeństwie zacierają się granice seksualnego molestowania. Jednakże, problem nie dotyczy tylko kobiet. Co z przypadkami gwałconych mężczyzn (chodzi głównie o gwałty dokonywane przez mężczyzn na mężczyznach)? Jak wygląda ich sytuacja w społeczeństwie? Sytuacja gwałconych kobiet jest bardzo trudna. Sytuacja gwałconych mężczyzn jest beznadziejna. Sam Larsson, operując w ramach lewicowego paradygmatu odgrzewa stare motywy faszyzmu i chrześcijańskiego fundamentalizmu, pomijając nowe problemy współczesnej Szwecji. Co z dzielnicami Malmö, w których mieszkają imigranci z Bliskiego Wschodu? Czy są to oazy liberalizmu i bastiony obrońców praw kobiet? Może zamiast maglować po raz setny temat chrześcijańskiego patriarchatu (to w Szwecji są jeszcze jacyś ortodoksyjni chrześcijanie?), warto przyjrzeć się przypadkom islamskiego niewolnictwa. Larsson zapomniał o innej dziewczynie z tatuażem na plechach, o której pamiętał Theo van Gogh. To on prawdziwie igrał z ogniem.

Do posłuchania: bardzo dobry utwór – Is Your Love Strong Enough (na dobre rozkręca się od 2.00). Do przeczytania: Hitchens o Larssonie.

Poniżej: intro z udanego filmu Finchera.

16:05, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 listopada 2011
Gdy narodowiec spotyka dekadenta

Wojaczek Eldo

Wojaczek – dekadent i jego Ojczyzna w czasach głębokiego komunizmu.

Matka mądra jak wieża kościoła
Matka większa niż sam Rzymski Kościół
Matka długa jak transsyberyjska
Kolej i jak Sahara szeroka

I pobożna jak partyjny dziennik
Matka piękna niczym straż pożarna
I cierpliwa jak oficer śledczy
I bolesna jak gdyby w połogu

I prawdziwa jak gumowa pałka
Matka dobra jak piwo żywieckie
Piersi matki dwie pobożne setki

I troskliwa jakby bufetowa
Matka boska jak Królowa Polski
Matka cudza jak Królowa Polski

Eldo – muzułmanin i narodowiec w czasach głębokiej zapaści polskiego ducha.

12:36, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 sierpnia 2011
The Lost Boys as Baudelairean Strangers?

Straceni chłopcy lost boys

Paryski splin rozpoczyna znakomity poematy Obcy. Kim jest tytułowy zagadkowy, dziwny człowiek? Kolejnym wcieleniem dekadenta, melancholicznym spacerowiczem, narcystycznym dandysem, samotnym wilkiem? Obcy Baudelaire’a jest „straconym chłopcem”. Kim on jest? Bękartem wyklętym przez strażników domowego ogniska. Nieprzyjacielem przyjaciół zatwardziałości serca. Nomadą zapatrzonym w obłoki. Wzgardzicielem bożków tego świata i apostołem nieśmiertelnego Piękna.

Kogo kochasz najbardziej zagadkowy człowieku? Powiedz: ojca, matkę, siostrę czy brata?
- Nie mam ani ojca, ani matki, ani siostry, ani brata.
- Przyjaciół?
- Znaczenie tego słowa do dzisiaj pozostaje dla mnie nieznane.
- Ojczyznę?
- Nie wiem pod jakim niebem leży.
- Piękno?
- Chciałbym je kochać, boskie i nieśmiertelne.
- Złoto?
- Nienawidzę go tak, jak wy nienawidzicie Boga.
- Hm! Cóż zatem kochasz, dziwny obcy człowieku?
- Kocham obłoki...uciekające obłoki...tam...tam... tamte cudowne obłoki!

Jeśli film Schumachera poddamy zabiegowi demitologizacji z jego wampirycznych wątków, to otrzymamy uwspółcześnioną, popkulturową wersję opowieści o straconych chłopcach Baudelaire’a.

Do posłuchania znakomity soundtrack: Cry Little Sister, Lost In The Shadows, I Still Believe!!!

13:56, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 sierpnia 2011
Why Apes Will Never Rise?

Geneza planety małp

Czy jestem zwierzakiem domowym?

Czy można uczłowieczyć zwierzęta? Co począć z nieoczekiwanymi wytworami naszej technologicznej cywilizacji? Nadać im równe prawa? Zrównać z człowiekiem? Czy ewolucja zmienia nasz status ontologiczny? To pytania, które powinna sobie zadać faustyczna nauka. Geneza planety małp jest filmem o ambiwalentnych relacjach ludzi i zwierząt. Klasyczne filmy z tej serii mają zupełnie inny charakter. Nie występują tam małpy, lecz małpoludy. Klasyczne filmy są ezopowymi bajkami, ludzie skrywają się w nich pod postaciami zwierząt. W Podboju planety małp widzimy konflikt panów i niewolników oraz zamaskowany rasizm zachodniej cywilizacji.

Bohaterami Genezy są inteligentne i samoświadome małpy, jednakże film jest zakamuflowaną pochwałą ludzkiej supremacji. Małpy mogą zrealizować pragnienie emancypacji jedynie poprzez uczłowieczenie. Zwierzęta mogą wygrać pojedyncze bitwy. Nigdy nie wygrają wojny z ludźmi. Karaluch może nas przetrwać, jednak sam nie oblali cywilizacji, choć może stać się zabójczym narzędziem naszych pogromców. Nic dziwnego, że zagłady ludzkości nie dokonują małpy, lecz zabójcze wirusy.

Dwóch Cezarów, dwie rewolucje.

Bunt Cezara z Podboju planety małp, to krwawa, destrukcyjna rewolucja, która proces ponownego stworzenia świata, zaczyna na gruzach starej cywilizacji człowieka. Jest to bunt bezwzględnej i wybitnej jednostki, władającej chordami barbarzyńców. Jego rewolucja nie ustanawia nowego, bardziej sprawiedliwego porządku społeczno-politycznego. Niszcząc starych tyranów, ustanawia w ich miejsce nowych. Ta rewolucja imituje rewolucyjne doświadczenia jakobinów i bolszewików. Zwieńczeniem upadku ludzi jest płomienna mowa Cezara, twórcy nowego porządku terroru.

Cezar z Genezy, choć jest charyzmatycznym przywódcą, dzieli swoją władzę z innymi małpami, dbając jednocześnie o ich wykształcenie i rewolucyjną samoświadomość. W walce unika niepotrzebnych ofiar. Nie prowadzi rewolucji dla samej rewolucji. Jego walka jest exodusem z domu niewoli do ziemi obiecanej.

15:38, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6