Neocons Revolution - Straussian Pride - Decadence Catholicism - Playstation Forever
wtorek, 26 sierpnia 2014
From Dust to Life - filozoficzna podróż w świat malarstwa

Małgorzata Myślińska

Dziś zapraszam do lektury kolejnego przebojowego wywiadu. Tym razem moim szanownym gościem jest Gosia Myślińska – wszechstronna i niesamowicie uzdolniona poznańska malarka i filozofka, która zabiera nas w pasjonującą podróż po zakurzonych pracowniach, w których powracają do życia i materializują się idee filozoficzne. Rozmawiamy także o tradycyjnej sztuce w świecie kultury popularnej, o malarstwie na polu bitewnym oraz z humorem analizujemy moje ulubione obrazy. Zachęcam także do odwiedzania wirtualnej wystawy prac mojej rozmówczyni. Polecam też wywiad dla portalu Polish Art Tomorrow.

Niedawno ukończyłaś dyplomowy projekt, którym jest malarska instalacja o intrygującym tytule Rzecz o kurzu. Co sprawiło, że spróbowałaś artystycznie zmierzyć się z kurzem? Luce Irigaray stwierdziła kiedyś, że Heidegger w swoich analizach ludzkiej egzystencji zapomniał o powietrzu, zapomniał o tym, że jako istoty ludzkie musimy nim oddychać. Być może w podobny sposób chciałabyś zwrócić uwagę twórców na to, że kurz pokrywający ich prace jest często pomijanym elementem dzieła sztuki? Czy jeśli na zakurzonym dziele napiszę coś palcem, to dokonuję jego ponownej kreacji?

Kurz pojawił się przy okazji – jak to zresztą bywa w jego naturze. Nie zakładałam, że on się stanie głównym bohaterem a cały mój dyplom spektaklem kurzu. Przestałam po prostu w trakcie pracy udawać, że go nie ma. Byli już artyści, którzy pozwalali swoim pracom pokrywać się kurzem. Robił to już turecki artysta Sarkis, czy Marcel Duchamp. Czy chcieliby aby ktoś pisał po nich paluchem? Nie wiem. Raczej manifestacyjnie przestrzegali przed nie ruszaniem kurzu na powierzchni – przeciwstawiając się muzealizacji.

Fakt, że „wisiało coś w powietrzu” od początku, ale jeszcze tego nie wiedziałam. Od pewnego czasu nie dawały mi spokoju witryny i stół w domu rodzinnym, które stoją obok wielkiej plazmy. Zastanawiało mnie: po co to tu stoi? Takie pełne przedmiotów, niepraktyczne ołtarze pełne osobliwości. Przywodziły one na myśl muzealne gabloty, martwe natury czy sarkofagi. Zastanawiałam się czym się różnią te sprzęty w moim domu od równie dobrze pokrywającego się kurzem malarstwa? Myślałam między innymi o tym, co się dzieje z obrazami kiedy nie „wiszą”, nie są prezentowane, oraz jakie zabiegi i rytuały się z nimi wiążą i co mają wspólnego te światy przedmiotów – dom i galeria? Tu mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie o wypowiedź Luce Irigaray. Tak, chciałam zwrócić uwagę na coś pobocznego, na przedmiot, który przecież ewidentnie jest. Na nośnik obrazu i związane z nim działania.

Kiedy już pokrywałam moje obrazy wieloma warstwami lakieru do drewna, aby utrwalić je na amen, wtedy pojawił się kurz. Zaczął się on odkładać na płótnach pod każdą moją nieobecność w pracowni. Wtedy pomyślałam sobie. No pięknie! Moje obrazy zakurzą się szybciej niż zdążę je komukolwiek pokazać! W tej myśli kryła się wskazówka. Podążając dalej eksploatowałam temat kurzu pod kątem metaforycznym, dopatrując się w nim z jednej strony szkodnika i kolaboranta, z drugiej – biednego włóczęgi bez encyklopedii a jeszcze innym razem głównego bohatera ery okularników, kiedy awangarda a później neoawangarda zapraszały go do gry. Współcześnie stawia się nawet śmiałą, anty-antropcentryczną tezę, że jesteśmy jedynie gwiezdnym pyłem, punktem, jak w tytule książki Carla Sagana The Pale Blue Dot. Bo kurz to w języku angielskim „dust” czyli także pył. Chciałabym kiedyś napisać gruby utwór pt. Traktat o kurzu, tak gruby aby nie znalazł się tęgi umysł na przeczytanie go w całości.

Florian Znaniecki w Upadku cywilizacji zachodniej dostrzegł, że nowoczesna sztuka permanentnie dąży do ustanowienia nowatorskich i awangardowych form artystycznej ekspresji. Jego zdaniem doprowadziło to do stanu, w którym sztuka przyjmując coraz bardziej abstrakcyjne i odległe od realizmu formy, stała się trudna w odbiorze i niezrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. Ujmując to jeszcze inaczej, chodziło o to, że do szerokich mas łatwiej przemawia Straż nocna Rembrandta niż współczesne kompilacje wielobarwnych kleksów. Sądzę, że tradycyjne formy znalazły dla siebie przyczółek w świecie popkultury. Dlatego kultura popularna łatwo dociera do masowego odbiorcy, a współczesna sztuka stopniowo zamyka się w hermetyczności środowiskowych elitaryzmów. Dlaczego współcześni artyści tak zdecydowanie odcinają się od przeszłości?

Nie wiem czy się odcinają. Powiedziałabym raczej, że się odwołują. Niestety ciągle znajdzie się wielu takich, którym na hasło „sztuka współczesna” przyjdzie jedynie Picasso albo impresjonizm. Jeśli chodzi o kleksy, to sama ich nie rozumiem. One nawet nie wołają o zrozumienie. To, że ktoś ich nie zrozumiał i czuje z tego powodu dyskomfort, może powinien się trochę zrelaksować, odpocząć. To trochę tak, jak z wysłuchiwaniem w operze utworów świeckich przy których dawniej świetnie się bawiono a my słuchamy ich ze śmiertelną powagą, bo przecież jesteśmy w teatrze. Ile miałam rozrywki czytając np. Ucztę Platona. Mężczyźni spotykają się na kacu by trochę pogadać o miłości. A Kubuś Fatalista i jego pan Diderota z XVIII wieku? Uśmiałam się do łez! Mam na myśli to, że sztuka ciągle jeszcze kojarzy nam się z czymś elitarnym, więc przybieramy wobec niej różne śmieszne pozy. Chodzi o to, że artyści często wracają do tradycji i ciągle na nowo ją interpretują, nie pozwalając na mnożenie się skostniałych schematów.

Wspominasz o realizmie - a to pojęcie względne, wystarczy np. przytoczyć pytanie o prawdziwość fotografii, czy oko widzi tak ostro jak nam to wskazuje fotografia cyfrowa? Polecam książkę Marii Poprzęckiej Inne Obrazy, która wymienia rodzaje zaburzeń widzenia, skaz, zamglenia mającego odzwierciedlać prawdziwe, bo przecież nie mechaniczne postrzeganie. Sama już pamięć jest tu najlepszym przykładem, takiej selekcji, zaćmienia. A Rembrant zresztą był bardzo nowatorski, dość kontrowersyjny. Malował światłem, światło w jego obrazach dosłownie skacze po powiece. Było to nie do pomyślenie w czasach wiernego oddawania kształtów i lokalnych, realistycznych kolorów przedmiotu.

Jeśli chodzi o tradycję w popkulturze, to nawet jeśli przemycone zostanie do masowego odbiorcy jakieś dzieło, pozostanie on zawsze leniwym odbiorcą masowym, a przemycone dzieło dla tego odbiorcy będzie nadal przemyconym dziełem w kulturze masowej. Nie wniesie to nic, żadnej nowej wiedzy, za Kantem powiedziałabym, że nie wytwarza się tu żaden sąd. Niestety sztuka wymaga zaangażowania, a wtedy możemy się zastanowić czy nadal jest to odbiorca masowy? Ale wieści dobre mam takie, że frak i binokle możemy zostawić na inną okazję, sztuka jest dla nas i tylko od nas zależy czy „działa”.

Ostatnio zwróciłem moje zainteresowania badawcze ku biografiom intelektualnym miast. Czy możesz wskazać stolicę współczesnego malarstwa? Czy jest takie jedno miasto, w którym każdy chciałby mieć swoją wymarzoną pracownię? A może wielkie metropolie są przereklamowane i artystycznego natchnienia lepiej szukać w górskich chatach lub duchowych samotniach na rubieżach świata?

Miejsce gra rolę, ale już chyba tylko w kontekście siebie samego czyli działań w rodzaju site-specyfic. Tak mi się przynajmniej wydaje, liczą się chyba relacje, aktywność i żywa wymiana myśli, która przebiega dziś, jak wiadomo, w dużej mierze w sieci. Czasem też przychodzi taka pora, by się na trochę odciąć od świata lub gdzieś pojechać. Wybieram się niebawem do Rumunii, już wiem że nikt się tam nie zatroszczy o mnie, pojawię się w nowym środowisku, bez pieniędzy, bez znajomości. Wiem że będę pracować w przestrzeni, robić jakieś zapiski, zdjęcia, może udam się w podróż. Pewnie, że fajnie mieć pracownię w dużym mieście, ale to nie powinno, zresztą nie sądzę aby warunkowało pracę. Wiem, że istnieje taki stereotyp pracowni – bałagan odbijający stan duszy artysty, jakieś osobliwe nierozegrane płótno czekające na ustąpienie rozterek, chętnie powielany w powieściach o malarzach jak w utworach: Tunel Ernesta Sabato, Mapa i terytorium Michela Houellebecqua, czy Nuda Albertha Moravi. Ktoś powiedział, że obecnie dom jest tam gdzie znajduje się laptop, więc może skoro artyści często dzielili swoje pracownie z sypialnią, to może jest to odpowiedź na to jak by się współcześnie sytuowała artystyczna przestrzeń?

Z czasów mojej podstawówki pamiętam powiedzenie: „Pokarz mi swój zeszyt, a powiem ci kim jesteś”. Ponoć ludzka dusza jest zaklęta w książkach znajdujących się na półkach prywatnych bibliotek. A może owa dusza najmocniej obnaża się poprzez obrazy wiszące na ścianach ulubionych pokoi. Gdybym miał wybrać, spośród wszystkich możliwych dzieł wszechczasów, trzy dzieła do mojej filozoficznej pracowni, to zdecydowałbym się na: Śmierć Marata – J.L. Davida, Wędrowca nad morzem mgły – C.D. Friedricha oraz Oblężenie Roszeli – Henri’ego Motte. Jaki duch, jakie podejście do malarstwa, jakie idee zaklęte są w takim zestawie dzieł?

Scena postaci odwróconej tyłem na tle nieokiełznanego żywiołu jest tak często powielana w popkulturze i wszelkich odniesieniach artystów, że gdy teraz ktoś się do tego motywu odwołuje to nie wiem czy na poważnie czy z ironią. W poznańskiej galerii Arsenał została pokazana praca Wojciecha Pustoły, wideo z 2010 na którym obserwujemy mężczyznę stojącego tyłem na tle morza i gór, który nagle mąci spokój przedstawianej sceny ulżeniem sobie w mdłościach wywołanych prawdopodobnie opatrzonym pejzażem. Odpowiedziałabym Ci więc, że gratuluję świetnego poczucia humoru! W przypadku dwóch pozostałych, to powiedzieć mogę coś jedynie o obrazie J.L. Davida, ponieważ drugi nie był mi jak dotąd znany. W obrazie Śmierć Marata kryje się na pewno sporo intrygi. Taki obraz z niezłą historią „za plecami” (i w dodatku z wątkiem kryminalnym) mógłby wciągnąć niejednego ignoranta, jeśli chodzi o sztukę. Jest to właściwie nawet gotowy scenariusz do filmu! Tak więc myślę, że na podstawie tego zestawu można by powiedzieć, że jesteś zabawnym, może odrobinę melancholijnym facetem, który lubi czasem poczuć dreszczyk emocji.

Jakiś czas temu dobiegły końca moje zmagania z radykalną hermeneutyką i postmodernistycznym chrześcijaństwem. W tej chwili rozglądam się za nowym przedmiotem badań. W pierwszym odruchu moje myśli zwróciły się ko wojnie, jako potencjalnemu tematowi przyszłych badań filozoficznych. Jakie są związki wojny i malarstwa? Jakimi dziełami powinienem się, Twoim zdaniem, zainteresować w pierwszej kolejności?

Mielibyśmy tu do czynienia z cała masą malarstwa batalistycznego, ale można się odnieść do batalii o wolność wypowiedzi, zniesienie cenzury itp. Dramatyczne działania czasami podejmowali artyści - performerzy w II połowie XX wieku o równość praw człowieka, równouprawnienie kobiet, Abramovic, Valie Export, Ukeles, Regina José Galindo. Inna batalia toczy się o obrazę godności osobistej i uczuć religijnych, czego mamy wiele przykładów u siebie, takich jak atak Olbrychskiego z szablą na wizerunki aktorów, którzy wcielali się w role nazistów, czy zniszczenie pracy Mauricia Cattelana Dzięwiąta godzina. Są i w historii dzieła, które stawały się kością niezgody, jak freski w kaplicy sykstyńskiej Michała Anioła i jego spór z papieżem Juliuszem II. Mamy też upamiętnione sprzeczki, jak kłótnia Van Gogha z Gauginem i słynny autoportret z odciętym uchem. Wracając do malarstwa ciekawy jest obraz Walka postu z karnawałem Petera Breugla, symbolizujący walkę Kościoła Katolickiego z Reformacją. Przychodzi mi też do głowy Andrzej Wróblewski i jego pełne dramaturgii obrazy związane z wojną i okupacją. Tak więc zależy to od podejścia. No i warto oczywiście pamiętać, że najbardziej znany obraz w Polsce to właśnie scena batalistyczna!

Poniżej: wykład mojej rozmówczyni wygłoszony w wirtualnym świecie Academia Electronica. Temat wykładu: Kurz w dobie okularników.

13:17, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 sierpnia 2014
Czy tylko Bóg wybacza?

Film Refna, choć estetycznie znakomity, znalazł się pod ostrzałem wielu frustrackich bluzgów, których naczelnym zarzutem było oskarżenie o bełkotliwość i pseudointelektualizm fabuły. Czy da się ocalić jego intelektualne przesłanie?

Słońce Zachodu zachodzi na Wschodzie

Rzadko dostrzega się, że film zawiera subtelną konfrontację Zachodu i Wschodu. Zachodni przybysze nie są przedstawieni  jako wszechmocni kolonizatorzy lub podróżnicy niosący światło cywilizacji. Z jednej strony są poranionymi sierotami, których relacje rodzinne i społeczne są poważnie zaburzone. Stąd wyraźna obecność w filmie freudowskich motywów kazirodztwa, kompleksu Edypa, fantazji o powrocie do matczynego łona. W tym przypadku Daleki Wschód miałby być spokojną przystanią, w której łagodzić można cywilizacyjne choroby Zachodu. Z drugiej strony przybysze z Zachodu jawią się jako wyjęci spod prawa wykolejeńcy, dla których Wschód ma stać się miejscem schronienia przed wyrokami sprawiedliwości.

W podobnie dualistyczny sposób ukazany jest także świat Dalekiego Wschodu. Gdy w pierwszych scenach filmu, brat Goslinga deklaruje chęć spotkania się z diabłem, to oznacza to konfrontację z przesłoniętym półmrokiem światem powszechnej prostytucji dziecięcej i wszechobecnej przemocy. Oniryczne światła filmu odkrywają to oblicze skrywane za słońcem oficjalnych broszur turystycznych. Jednakże świat azjatyckiego Wschodu jawi się także jako ostatnia ostoja szlachetnych cnót i rycerskiego etosu, którego ucieleśnieniem jest policjant Chang. Kto wygrywa w tej konfrontacji? Nieoczekiwanie okazuje się, że poobijani ludzie Zachodu są nadal wystarczająco silni, by zdominować przeciętnych mieszkańców przemykających ciemnymi ulicami miast. Natomiast w konfrontacji z obrońcami starych cnót, ludzie Zachodu zostają totalnie zgniecieni, co pokazuje walka Changa i Goslinga.

Duchowość w świecie bez Boga

Tytuł filmu wydaje się być zwodniczy, gdyż jego uniwersum jest światem wyraźnie obywającym się bez Boga. Bezpośrednie motywy religijne pojawiają się tylko na marginesach filmu, w skromnych aluzjach i podtekstach. Przy odrobinie wysiłku można jednak przedstawionym wydarzeniom nadać interpretację religijną i zrekonstruować filmową duchowość. Kwestią sporną pozostaje to: czy interpretować film w kategoriach religii chrześcijańskiej czy też kultów dalekowschodnich? Podążę drogą chrześcijańską, gdyż jest mi lepiej znana.

W pierwszej kolejności należy podkreślić, że w filmie nie pojawia się Bóg. Nie jest nim inspektor Chang, który posiada wyjątkowe zdolności i jest nietykalny. Jest on raczej jedynie wyjątkowym reprezentantem dobra i sprawiedliwości, który jednakże cały czas kieruje się logiką spłaty długów (oko za oko), dlatego słusznie jest nazywany Aniołem Zemsty. Chang nie jest Bogiem, ponieważ nigdy tak naprawdę nie wybacza.

Zagadkowymi momentami filmu są dziwne koncerty karaoke, które  pojawiają się po brutalnych aktach ustanawiania sprawiedliwości na tym świecie. W tym aspekcie film w jakimś stopniu wydaje się naśladować antyczną tragedię, w której przemocy ma towarzyszyć katartyczne uspokojenie i rozładowanie negatywnych emocji. Tu także przejawia się typowa dla dalekowschodnich religii logika równowagi, w myśl której zła karma (brutalne akty sprawiedliwości) musi zostać zbalansowana przez dobrą karmę (sielankowe piosenki o miłości). Koncerty karaoke są więc rytuałami oczyszczenia.

Przebaczenie a logika pojednania

Film kończy scena, której możemy przypisać znaczenie ewangeliczne. Obserwujemy w niej Goslinga, jako skruszonego grzesznika, który pokornie wystawia ręce, by mu je docięto. Jeśli twoje ręce są źródłem grzechu, odetnij je. Lepiej byś ułomnym wkroczył do Królestwa niebieskiego, niż byś miał sprawnym zmierzać ku zatraceniu. W tej scenie wyraźnie widać, że cały film przesiąknięty jest „logiką pojednania”. Wyznanie winy, skrucha, rekompensata i pojednanie. Oto logika spłaty długu, którą rządzi się „ten świat”, o którym wspominał św. Paweł.

Natomiast Królestwo boże rządzi się szaloną logiką i głosi radykalizm ewangelicznego przebaczenia. Przebaczenie jest darem, który powinien być udzielany tym, którzy nie odczuwają skruchy i tkwią przy złu. Zdrowy nie potrzebuje bowiem lekarstwa, które najbardziej potrzebne jest temu, który pogrążony jest w chorobie grzechu. W takim przypadku przebaczenie staje się pozytywna prowokacją, nadmiarem i ekscesem dobra, który ma przywieść do Boga i sprawić, że w człowieku dokona się metanoia (tu rozumiana jako przemiana serca, a nie Platońskie zwrócenie się ku słońcu prawdy). Zaprawdę, tylko Bóg prawdziwie wybacza!

Do obejrzenia: kolejna ciekawa interpretacja filmu. Do posłuchania: utwór – Wanna fight. Poniżej: starcie Wschodu i Zachodu.

15:25, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014
Bękart Wieczorkiewicza


Po dłuższej przerwie wracam z kolejnym wywiadem. Moim dzisiejszym gościem jest Hubert Kozieł – przebojowy publicysta, wnikliwy analityk stosunków międzynarodowych, pogromca prawicowego i lewicowego dziadostwa, lider Kawaii Radykalnego Centrum, oraz autor dwóch kultowych blogów (http://foxmulder2.blogspot.com/ - http://foxmulder.blox.pl/html)

Pamiętam czasy kiedy to na Twoim blogu pojawiała się publicystyka historyczna, której narracje wyprzedzały, to co dzisiaj mają do zaoferowania Zychowicz i Ziemkiewicz. Jednakże od jakiegoś czasu dostrzegam wyraźny zwrot w Twojej publicystyce, która coraz częściej zmierza ku zaoraniu teorii wcześniej wymienionych publicystów. Skąd ta zmiana?

Mam wrażenie, że historyczne hipotezy jakie stawiałem w ostatnich miesiącach na swoim blogu, to o wiele bardziej szokujący rewizjonizm niż można znaleźć w pracach Piotra Zychowicza czy też ś.p. prof. Wieczorkiewicza. To co teraz głoszę jest po prostu kolejnym etapem historycznego rewizjonizmu, który jednak nie poszedł w ślepą niemiecką uliczkę. Na studiach wielkim odkryciem była dla mnie twórczość Józefa Mackiewicza, tezy jakie stawiał w Nie trzeba głośno mówić czy też w Optymizm nie zastąpi nam Polski, a także Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945 Władysława Poboga-Malinowskiego i publicystyka Władysława Studnickiego. Byłem przekonany, że nie wejście w sojusz z III Rzeszą w 1939 r. było naszym ogromnym błędem. Starałem się zrozumieć dlaczego ten błąd został popełniony, a im bardziej się wgłębiałem w temat, tym więcej napotykałem anomalii i byłem coraz bardziej przekonany, że historia Września ’39 i polskiej drogi ku wojnie jest równie zamglona jak dzieje Polski z czasów Dagome Iudex. Gdy szukałem odpowiedzi na pojawiające się pytania, powstała nowa, spójna i zarazem bardziej heroiczna, „mocarstwowa” wersja naszej historii. Wersja w której jest co prawda dużo zdrady, ale jest dużo mniej zidiocenia niż chciałby np. taki Rafał Ziemkiewicz uważający, że wszystko w naszej historii, czego nie robił Roman Dmowski było do d... . Dodam, że bardzo cenie sobie Piotra Zychowicza. Miałem okazję go poznać w redakcji „Rz” i myślę, że robi on kawał dobrej roboty redagując swój miesięcznik i popularyzując historię. Waldemar Łysiak nazwał go i jemu podobnych młodych historyków „Bękartami Wieczorkiewicza” (nawiązanie do „Bękartów wojny” Tarantino). Myślę, że ja się również zaliczam do grona tych „bękartów”.

Pierwszy raz z Twoimi publikacjami spotkałem się czytając nieistniejący już portal Europa 21, który, moim zdaniem, był jedyną ostoją neokonserwatywnej myśli w Polsce. Czy Twoim zdaniem neokonserwatyzm może wywalczyć dla siebie miejsce na polskiej scenie politycznej? Czy radykalne centrum mogłoby współpracować z neokonserwatystami?

Neokonserwatyzm to jeden z najbardziej opluwanych nurtów myśli politycznej i już z tego powodu trudno byłoby mu się zakorzenić na polskiej scenie. Wiele osób, które w Polsce przyznawało się do neokonserwatyzmu nasłuchało się, że są „trockistami”, „mordercami palestyńskich dzieci” czy „jakobinami”. Neokonserwatyzm musi więc zostać przebrandowany i dostosowany do polskich warunków. Wówczas będzie mógł rozgałęzić się na centroprawicy. Radykalne centrum jak najbardziej może i powinno współpracować z neokonserwatystami, zwłaszcza, że oba nurty wypływają z podobnych źródeł.

Na blogu coraz częściej pojawiają się wątki związane z Kawaii Prawicą i Kawaii Radykalnym Centrum. Dlaczego prawica powinna zwrócić się ku mandze i anime? Dlaczego forpocztą mangowej rewolucji na prawicy mają być czołgistki z Girls und Panzer i obłąkane yandere, a nie katoliccy tradycjonaliści z Instytutu Iskariota?

Anime i mangę cenie sobie przede wszystkim za kreatywność i sposób w jaki poruszane są tam różne ważne tematy (przyjaźń, poświęcenie, miłość, granice oraz istota człowieczeństwa, podejście do misji życiowej). W sytuacji gdy kultura zachodnia przechodzi głęboki kryzys powinniśmy ożywić ją wschodnimi inspiracjami. Nie mam tu tylko na myśli japońskich produkcji. Kinematografia z chińskiej strefy kulturowej jest również bardzo ciekawa – takie filmy jak Dotyk grzechu, Ostrożnie! Pożądanie, Kwiaty wojny, Miasto żywych i umarłych to naprawdę mocne obrazy, z których powinni czerpać inspirację polscy twórcy, by odnowić naszą kulturę. Czemu forpocztą mangowej rewolucji na prawicy miałyby być słodziutkie panienki z Girls und Panzer, wymachująca siekierką Yuno Gasai czy demonicznie śmiejąca się Shion Sonozaki? Fascynuje mnie sposób w jaki w azjatyckich produkcjach ukazywana bywa kobiecość. Gdy odwiedzam Azję Wschodnią widzę, że tamtejsze kobiety mają niesamowitą inteligencję emocjonalną, są bardzo uczuciowe i potrafią się zachowywać według podobnych, ciut przerysowanych wzorców jak z anime. Tymczasem kobiecość na Zachodzie przeżywa bardzo poważny kryzys, to się przekłada na kryzys rodziny. Nie zwalczymy go purytanizmem w stylu Mirosława Salwowskiego czy miesięcznika Egzorcysta. Trzeba Zachód ożywić wschodnim wiatrem, by w ten sposób wzmocnił swoją tożsamość.

Z wiadomych względów nie mogę pominąć pytania o filozofię. Czy miałeś jakąś pozytywną lub negatywną przygodę z filozofią. Być może jakiś myśliciel w sposób szczególny ciebie zainteresował, a może masz czarną listę filozoficznych szkodników?

Do moich ulubionych filozofów należy o. Józef Bocheński, człowiek logiczny i zdroworozsądkowy aż do bólu. Pracą filozoficzną lub quasifilozoficzną, która zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie była... Doktryna faszyzmu Mussoliniego. Włoski dyktator pokazał się tam jako ojciec postmodernizmu, pokazujący że nie należy za bardzo przywiązywać się do politycznych dogmatów, bo raz sprawdza się demokracja, raz dyktatura, innym razem konserwatywna monarchia. Ostatnio czytałem znakomitą książkę Liberalny faszyzm Jonaha Goldberga i wiem, że Mussolini inspirował się wówczas Jamesem i amerykańskim pragmatyzmem. Oczywiście uważam, że faszystowski eksperyment we Włoszech się nie sprawdził i powielanie go po 70 latach w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju byłoby zwykłą błazenadą. Nie mam listy filozoficznych szkodników, ale do tego grona zaliczam m.in. Woltera i Aleksandra Dugina. Dużo więcej szkody od tych przereklamowanych filozofów robią w ludzkich umysłach niedouczeni profesorowie tacy jak Adam Wielomski, którzy kultywują historyczną, politologiczną i filozoficzną ignorancję.

Niedawno pojawiła się Twoja debiutancka książkaVril. Pułkownik Dowbor. Czego możemy się spodziewać? Nowego Zmierzchu, bardziej hardcorowej wersji Pięćdziesięciu twarzy Greya, a może epopei pisanej ku pokrzepieniu patriotycznych serc?

To na pewno nie Zmierzch, czy 50 twarzy Greya i nie jest to też opowiastka ku pokrzepieniu serc. To raczej połączenie motywów znanych z twórczości Ossendowskiego, Baliszewskiego, Igora Witkowskiego i serii Indiana Jones. Ale masz rację w tym, że są tam moce nadprzyrodzone, jest erotyka i są wątki patriotyczne. Wszystko w dużej ilości, ale nie przesadnie dużej. Jedna ze znajomych porównała moje dziełko do twórczości Mastertona i stwierdziła, że mam zadatki na jego polski odpowiednik. Co ciekawe, wątki historyczne absolutnie jej nie interesowały a największą uwagę poświęciła wątkom romansowym. Inni skupiają się na wątkach historycznych, jeszcze inni na wątkach nadprzyrodzonych. Wszyscy twierdzą jednak, że czyta im się moją książkę przyjemnie. Zachęcam więc do czytania i dzielenia się swoimi wrażeniami.

Na koniec pozostaje mi poruszyć temat związany z coraz rzadszym pojawianiem się na blogu wątków związanych z ingerencją istot pozaziemskich w proces formowania się naszych cywilizacji. Jaki jest Twój stosunek do koncepcji „antycznych kosmonautów”? Sam starałem się ostatnio przebrnąć przez publikacje Sitchina. Moim zdaniem zajmował się on tworzeniem literatury science-fiction, która została błędnie zinterpretowana jako dzieło popularnonaukowe, które coś tam dowodzi. Pytanie o istnienie inteligentnego życia poza Ziemią nie jest nieracjonalne, zadawał je nawet Kant. Jednakże opowieści Sitchina o „incydencie z Wieżą Babel” (jako silosem rakietowym obcych) i o antycznej broni nuklearnej, to niezłe bajki.

Sitchina czasem rzeczywiście ponosiła wyobraźnia, ale większość jego argumentów mnie przekonała. Jego głęboka znajomość starożytnych przekazów i bliskowschodnich języków pozwoliła mu połączyć wiele anomalii w jedną, spójną opowieść z wiarygodną chronologią. Zafascynowałem się jego twórczością po przeczytaniu Wojen bogów i ludzi. Jeśli chodzi o antyczną broń nuklearną, to przypomnę, że przekonany o jej realności był m.in. Robert Oppenheimer. Pytany czy wybuch bomby atomowej na poligonie pod Alamogordo w lipcu 1945 r., był pierwszym takim wybuchem, odpowiedział: „Tak, w czasach nowożytnych”. Obserwując pierwszą amerykańską nuklearną detonację cytował fragmenty „Mahabharaty” poświęcone podobnej broni bogów – piorunowi Indry. Myślę, więc że historia o „antycznych astronautach”, opowiedziana chociażby w filmie Prometeusz nie jest tak daleka od prawdy jak niektórym mogłoby się wydawać. Tysiące lat temu rzeczywiście przebywały na ziemi istoty dysponujące bardzo zaawansowaną techniką, którzy bawili się w bogów. Inną kwestią jest kim one rzeczywiści były.

Poniżej: muzyczna dedykacja od zwolenniczek Kawaii Radykalnego Centrum.

16:19, kenjishinoda , Polityka
Link Dodaj komentarz »