Neocons Revolution - Straussian Pride - Decadence Catholicism - Playstation Forever
piątek, 31 sierpnia 2012
Łabędzi śpiew nieumarłego Hollywood

Hollywood undead

Po przesłuchaniu najnowszej płyty Linkin Park (Living Things) trzeba stwierdzić, że znajdzie się na niej z 5 bardzo pozytywnie wyróżniających się utworów. Słyszalny jest ciągły odwrót od stylistyki nu-metalu, a tym razem mamy zwrot do jakieś wariacji elektro-rocka. O wielkiej chwale z okresu Hybrid Theory i Meteora nie może już być mowy. Właśnie z tego powodu moim najciekawszym odkryciem muzycznym tego lata jest zespół Hollywood Undead i jego płyta Swan Songs. 5 utworów zasługuje na szczególne wyróżnienie.

Undead – to swoisty rebeliancki manifest grupy i jednocześnie zdecydowane, bezpardonowe wypowiedzenie wojny wszystkim hejterom. You better get up out the way. Tomorrow we'll rise so let's fight today. You know, I don't give a fuck what you think or say. Cause we'll rock this whole place anyway.

City – bardzo apokaliptyczny utwór, który może być interpretowany jako manifestacja aktywnego nihilizmu. Let's watch this city burn. From the skylights on top of the world. Til there's nothing left of her. Let's watch this city burn the world.

Young – absolutny hit, burza i napór rewolucyjnego ducha pulsuje w każdym fragmencie tego dzieła. Utwór został przywłaszczony przez niemieckich Nieśmiertelnych, ale musi zostać koniecznie odzyskany przez neocons. We are young! But we have heart. Born in this world as it all falls apart. We are strong. We don't belong. Born in this world as it all falls apart.

Black Dahila – znakomite wyrównanie rachunków z dekadencką femme fatale. I've been abused, I feel so used, because of you. I'm sorry oh. I'm sorry no.

Paradise Lost – pełna pretensji skarga i radykalne wadzenie się z Bogiem, dokonywane w horyzoncie wielkiej katastrofy. Let it all burn. I will burn first. God I've tried, am I lost in your eyes?

Poniżej: na koniec lata coś o lżejszym ciężarze gatunkowym.

14:45, kenjishinoda , Epic Art
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2012
Samotny Wilk chodzący własnymi drogami

samotny wilk lone wolf

W świecie zwierząt samotnymi wilkami są najczęściej młode samce szukające swojej własnej watahy lub starsze samce, które zostały przepędzone ze stada przez młodszych konkurentów. Takie wilki mają często problemy z polowaniem na większe ofiary i mogą być bardziej agresywne niż wilki żyjące w watahach.

Na polu bitwy samotnym wilkiem jest wojownik działający zazwyczaj w pojedynkę, który niełatwo poddaje się pod komendę dowódców i ma silną potrzebę zaznaczenia własnej niezależności od innych towarzyszy boju. Tym mianem określamy także terrorystów, którzy nigdy nie byli członkami większej grupy terrorystycznej.

Osoba cechująca się mentalnością samotnego wilka, choć żyje w pojedynkę, to wcale nie musi być osobą samotną. Musimy rozróżnić dwa typy samotności. Samotność rozumiana jako solitude jest często wartościowana w sposób pozytywny i polega na intencjonalnym nieangażowaniu się w stałe relacje partnerskie (lub czasowe dobrowolne odosobnienie) przy jednoczesnym podtrzymywaniu wybranych przyjacielskich znajomości. Natomiast samotność rozumiana jako loneliness jest wartościowana negatywnie i oznacza brak nawet powierzchownych towarzyskich znajomości.

Mentalności samotnego wilka towarzyszy najczęściej introwertyzm. Introwertyka nie możemy mylić z osobą nieśmiałą, która w głębi serca może być ekstrawertykiem, ale by się nim stać musi pokonać barierę strachu. Introwertyk nie jest także tożsamy z outsiderem, który jest osobą poddawaną społecznemu ostracyzmowi. Samotny wilk czuje się dobrze w relacjach bilateralnych, a unika multilateralnych oraz działa unilateralnie. Może być postrzegany jako członek pewnej szerszej grupy, ale porusza się na jej marginesach i wchodzi w bliższe relacje tylko z wybranymi jej przedstawicielami.

Postawa samotnego wilka, nawet jeśli nie jest wynikiem absolutnie wolnego wyboru, to najczęściej jest etosem akceptowanym lub wręcz afirmowanym przez daną jednostkę, która posiada rozbudowaną teorię lub całościową wizję swojej egzystencji uzasadniającą celowość podtrzymania takiej drogi życiowej.

Możemy wskazać na różnorodne przykłady tego typu bohaterów: Squall Leonhart z gry Final Fantasy VIII, liczni bohaterowie gangsterskich filmów Takeshi Kitano, Solid Snake z serii gier Metal Gear Solid, a także Breivik no i oczywiście sam Chuck Norris.

Poniżej: utwór Lone Wolf z gry Halo Reach.  

23:18, kenjishinoda , Filozofia
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Net Delusion, czyli jak nie robić rewolucji w Internecie

Evgeny Morozov twitterowa rewolucja

Czyż nie jest tak, że Internet rewitalizuje sferę publiczną państw demokratycznych oraz wzmaga partycypację ludzi w demokratycznych strukturach. Czy nieograniczony dostęp do informacji i swoboda komunikacji nie są zagrożeniami dla stabilności autorytarnych reżimów od Chin po Białoruś? Czyż portale społecznościowe nie zorganizowały antyreżimowych rewolucji na Bliskim Wschodzie? Taką optymistyczną wizję Internetu, postrzeganego jako niezawodne narzędzie do promowania demokracji, kwestionuje Evgeny Morozov w swojej najnowszej książce The Net Delusion. The Dark Side of Internet Freedom.

Doktryna Googel głosi entuzjastyczną wiarę w wyzwalającą moc technologii internetowych. Jest to wiara w magiczną moc Internetu, który jest taranem obalającym tyranie. Konglomerat Facebooka, Google’a i Twittera tworzy swoiste Radio Wolna Europa na sterydach. Usunięcie barier w wolnym dostępie do informacji i swobodnej komunikacji ma burzyć fundamenty autorytaryzmu. Jeśli uciskani będą mogli twittować, to wytwittują sobie wolność.

Przeświadczenie, że Internet jest narzędziem faworyzującym niewinne ofiary, a nie ich oprawców jest czystym cyber-utopizmem. Natomiast wiara w to, że Internet robi politykę, a nie polityka rozgrywa Internet jest złudzeniem Internet-centryzmu. Autorytarne reżimy doskonale przystosowują się do operowania w ramach cybernetycznej rewolucji. Mają potężne budżety na wprowadzanie coraz bardziej zaawansowanych mechanizmów cenzury (sam Google czasem im w tym pomaga). Prowadzą zmasowaną internetowa propagandę, szpiegują w sieci swoich obywateli, opłacają blogerów, a portale społecznościowe wykorzystują do identyfikowania swoich wrogów.

Dla Morozova cyber-utopizm + Internet-centryzm = Sieciowa Iluzja.

Do obejrzenia wykłady: The Internet in Society: Empowering or censoring citizens?, Marriage From Hell: On the Secret Love Affair Between Dictators and Western Technology Companies, The End of Cyber Utopia, A Twitter Revolution without revoluationaries?

14:56, kenjishinoda , Polityka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 sierpnia 2012
To Bane jest Mrocznym Rycerzem!

Mroczny Rycerz powstaje jako Bane

Od komedii do dramatu

Stara tetralogia, która rozpoczynała się od Batmana z Michaelem Keatonem i kończyła się na Batmanie i Robinie, to zbiór filmowych komedii akcji. Pierwsze dwie części są bardzo groteskowe i przepełnione czarnym humorem. Przy pierwszym podejściu nie kojarzą się z komediami, ale nawet tacy złowrodzy bohaterowie jak Joker lub Pingwin nie są pozbawieni specyficznej komiczności. Ten komiczny wymiar został w pełni zrealizowany w znakomitym Batmanie Forever, w którym fenomenalnymi komediowymi kreacjami popisali się Tommy Lee Jones (Dwie Twarze) i Jim Carrey (Człowiek Zagadka). Cała seria została przypieczętowana masakrycznym Batmanem i Robinem, który był jedną wielką i katastrofalną komedią pomyłek. Nieomal każdy element tego filmu nadawał się do totalnego obśmiania. Wraz z przejściem do trylogii Nolana mam do czynienia z przekształceniem filmów o Batmanie w poważne i niepokojące dramaty, nad którymi unosi się widmo zła (samobójstwa Heatha Ledera i masakra na premierze ostatniej części trylogii). To przejście znakomicie obrazuje ewolucja dwóch bohaterów Bane’a i Robina. W starej tetralogii Bane był totalnie odmóżdżonym, sterydowym mutantem, w trylogii Nolana stał się charyzmatycznym pogromcą Batmana. Znacznej przemian doznał także Robin, który z cyrkowca w kolorowych ciuszkach i przydupasa Batmana przemienił się w bohaterskiego następcę Mrocznego Rycerza.

Occupy Gotham?

Bane nie jest ucieleśnieniem czystego zła i nie wprowadza żadnej lewicowej rewolucji. Bane przebywał w podziemnym więzieniu owej piekielnej jamie, do której strącano potępieńców, by do końca życia kusić ich nadzieją na wyzwolenie. To właśnie w tym chtonicznym mroku zrodziło się dziecko, które było ikoną niewinności i dobra. Dlatego musiało zostać zniszczone przez otaczające je zło. Bane nie jest okrutną bestią! On jest opiekunem i obrońcą niewinnego dobra. Wkraczając do Gotham dokonuje on zdemaskowania szlachetnego kłamstwa, na którym opierał się ład prawny miasta Gotham. W ten sposób wywołany zostaje stan wyjątkowy, a tłum, który staje się suwerenem dokonuje samosądów na miejskich oligarchach. Nie jest to jednak rewolta w stylu Occupy Gotham, to nie jest nawet konserwatywna przestroga przed zwyrodnieniami rewolucji. Bane dając władzę tłumowi chce pokazać tkwiące w nim zło. Szybko okazuje się, że owe 99% nie jest w niczym lepsze od oligarchicznej elity jednego procenta. Nawet Selina Kyle, która była zwolenniczką sprawiedliwej redystrybucji dóbr, widząc zwyrodnienie tłumu dystansuje się od jego grabieży i gwałtów. Bane chce pokazać, że w Gotham nie ma ani jednego sprawiedliwego i właśnie z tego powodu miasto musi zostać zniszczone niczym biblijna Gomora. W kluczowej scenie filmu jeden z oligarchów stwierdza, iż Bane jest czystym złem, a on mu odpowiada, iż jest koniecznym złem. Zło konieczne można czynić tylko w służbie dobra. W tym momencie rodzi się bardzo kontrowersyjne pytanie, które słusznie może wzbudzać bojaźń i drżenie. Czy nie jest tak, iż to prawdziwe Dobro jest tym w imię czego lub, dla którego warto dopuszczać się czynienia zła? Zaprawdę powiadam, prawdziwy mrok spowija trylogię Nolana.

Do posłuchania utwory Fire Will Rise i Risen From Darkness.

16:23, kenjishinoda , Epic Art
Link Komentarze (4) »
czwartek, 02 sierpnia 2012
Niebezpieczna metoda Freuda - Gdzie było id, tam powinno być ego

Niebezpieczna metoda Freud Jung

Moment prawdy

Podczas wspólnej podróży Freuda i Junga do Ameryki padły zaskakujące słowa. W trakcie rejsu zostali oni poinformowani, iż w Ameryce wszyscy oczekują z niecierpliwością pierwszych wykładów z psychoanalizy i szykują spektakularne powitanie dla obu intelektualnych gwiazdorów. Po usłyszeniu tak optymistycznych wieści, Freud zwrócił się do Junga i rzekł: „Oni jeszcze nie wiedzą jaką wieziemy im dżumę”. Czy było to tylko freudowskie przejęzyczenie, czy raczej moment skrajnej szczerości?

Michel bluzga na psychoanalizę

Mógłbym w tym miejscu przytoczyć jedną z licznych tyrad Wolniewicza, którą skierował przeciwko wszelkiej maści freudystom, ale pozwolę sobie przytoczyć ostry fragment z książki Michela Houellebecqa (Poszerzenie pola walki), który to ostro zdemolował psychoanalityczne praktyki w następujących słowach: „Ogólnie rzecz biorąc, nie ma się czego spodziewać po kobietach, które są analizowane. Kobieta, która wpada w ręce psychoanalityków, staje się całkowicie niezdatna do jakiegokolwiek użytku, przekonałem się o tym wielokrotnie. To zjawisko nie powinno być postrzegane jako efekt uboczny psychoanalizy, ale jako jej naczelny cel. Pod przykrywką odbudowy ja psychoanalitycy dopuszczają się w rzeczywistości skandalicznej destrukcji ludzkiej jednostki. Niewinność, wspaniałomyślność, czystość… wszystko to jest natychmiast niszczone w ich wulgarnych łapach. Psychoanalitycy, słono opłacani, pretensjonalni i głupi, definitywnie niweczą u swoich, jak to się mówi, pacjentów jakąkolwiek zdolność do miłości, zarówno psychicznej, jak i fizycznej; zachowują się faktycznie jak prawdziwi wrogowie ludzkości. Będąc bezwzględną szkołą egoizmu, psychoanaliza atakuje z największym cynizmem najlepsze, nieco zagubione dziewczyny, by je przerobić na nikczemne dziwki o rozpasanym egocentryzmie, które mogą jedynie wzbudzić uzasadniony wstręt. W żadnym wypadku nie należy pokładać nadziei w kobiecie, która wpadła w ręce psychoanalityków. Małostkowość, egoizm, arogancja, zupełny brak zmysłu moralnego, chroniczna niezdolność do miłości: oto wyczerpujący portret kobiety analizowanej”. Co wyprawiają mężczyźni po psychoanalizie? O tym strach pisać.

Nauka Freuda przeciw pogaństwu Junga

Wielu krytyków Freuda taka teza może rozśmieszyć, ale jego celem było przemienienie psychoanalizy w prawdziwie oświeceniową dziedzinę nauki. Miała ona demitologizować religijne przekonania, ujawniać to co skryte w nieświadomości i poprzez to uwalniać od przeszłości i dawać poczucie autonomii. Irracjonalne i nieświadome id miało być zastępowane przez świadome i racjonalne ego. Jung bardzo szybko stał się radykalnym przeciwnikiem intelektualnego ducha promowanego przez Freuda. Jego kontroświecenie stało się krytyką płytkości i sztuczności pozytywistycznej nauki. W oświeceniowym racjonalizmie dopatrywał się źródeł choroby cywilizacji zachodniej, a nie lekarstwa na jej wszystkie bolączki. Chciał by przekraczano świadomy umysł i z odwagą konfrontowano się z fantazmatami zbiorowej nieświadomości (wewnętrznej ojczyzny ludzkości), tak miał na nowo powrócić archaiczny człowiek i jego chtoniczne moce. Postmodernizm reaktywował Junga jako wroga naukowej racjonalności i poszukiwacza alternatywnych źródeł wiedzy. Analityczna psychologia Junga miała stać się czym więcej, niż tylko zwykłą teorią naukową, miała stać się nową religią. To doprowadziło do eksperymentowania z alternatywnymi odczytaniami chrześcijaństwa. Chrystus miał się stać bóstwem zmieniającym wodę w wino, a chrześcijaństwo miał odzyskać ekstatyczny wymiar upojnego festynu radości. Z tego wszystkiego nie udało się stworzyć odnowionego chrześcijaństwa, lecz nowe pogaństwo będące pomieszaniem teozofii, religii aryjskich i kultu Mitry. Freud może i uruchomił nawałnicę libidalnej energii, ale w kwestiach obyczajowych był raczej konserwatywny i zachowawczy. Co innego Jung, który pod wpływem teorii Otto Grossa (uznawał monogamię za chorobę cywilizacyjną) dokonał zwrotu ku poligamicznemu hedonizmowi i wplątał się w burzliwy romans z Sabiną Spielrein. Choć miał romans z żydówka, to w późniejszym okresie flirtował z antysemityzmem i nazizmem. Alianci mieli na niego grubą teczkę i chcieli wytoczyć mu proces, ale stwierdzili, że mają grubsze ryby do ustrzelenia. Sam Jung od lat młodzieńczych nie stronił od dziwactw. Przez pewien czas twierdził, że jego pradziadek jest nieślubnym synem Goethego. Z czasem sam się z nim utożsamił stwierdzając, że Goethe jest jego drugą osobowością, jego numerem 2. Jung był bez wątpienia ezoterycznym magiem, którego newageowska twórczość uwiodła ludzi znudzonych „prozą świata”. Do przeczytania: Prometheus Unhinged: C.G. Jung and the Temptations of Aryan Religion w książce Richarda Wolina.

13:53, kenjishinoda , Filozofia
Link Dodaj komentarz »