Neocons Revolution - Straussian Pride - Decadence Catholicism - Playstation Forever
poniedziałek, 28 marca 2016
Fraszka o Helwecji, drabinie Wittgensteina i bieganiu na czterech łapach!

Agnieszka kijak - Fraszkowanie i Bieganie

Zapraszam do lektury wielkanocnego wywiadu. Dziś moim gościem jest Agnieszka Kijak – filozofka, polonistka, nauczycielka szkolna i akademicka, blogerka i biegaczka. Rozmawiamy o sekretach Szwajcarii, różnych obliczach filozofii Wittgensteina, naukowym badaniu aktywności klubów biegowych oraz o psich kompanach sportowej pasji. Zachęcam także do lektury blogerskich wpisów o Fraszkowaniu i Bieganiu.

W trakcie Twojego pobyty w Helwecji miałaś okazję poznać wiele szwajcarskich miast. Które z nich poleciłabyś odwiedzić w pierwszej kolejności? Moim prywatnym faworytem jest Berno. Czy mogłabyś także wymienić trzy zalety Szwajcarii, za które można ją uwielbiać oraz trzy wady, za które można ją znienawidzić?

Szwajcaria to kraj fantastyczny i fascynujący. Bardzo dziękuję za to pytanie, bo dzięki niemu mogę na chwilę przypomnieć sobie miesiące, kiedy tam mieszkałam. Rzeczywiście zwiedziłam wiele miast. Trudno mi wybrać jedno. Każde, które wybrałam, ma coś w sobie: Lucerna z drewnianym mostem o długości 204 metrów (najstarszym w Europie) czy Genewa z Jet d'eau, czyli fontanną, której strumień wody osiąga wysokość 140 m. Pozostając przy wielkościach geograficznych, to chciałabym podać długość ulicy Bahnhofstrasse, ale niestety nie przypomnę sobie. Pamiętam jednak doskonale, że wystarczyło przejść się nią, żeby zobaczyć najważniejsze zabytki, ponieważ prowadzi od dworca kolejowego (jak wskazuje nazwa) aż do Jeziora Zuryskiego, nad którym miasto jest położone, czyli na pewno była bardzo długa. Pamiętam też świetny musical, grany w jednym z tamtejszych teatrów. Zachwyciły mnie także Lugano i Bellinzona położone we włoskojęzycznej części i w ogóle cały kanton Ticino, w którym można było poczuć się prawie jak we Włoszech. Dużo czasu spędziłam w Bazylei słynącej z wielu atrakcji dla dzieci, m.in. zoo i muzeum zabawek (w tym drugim sama spędziłam cały dzień). A Berno? Oczywiście. Jak mogłabym nie podziwiać Berna? Za słowami poematu Juliusza Słowackiego często podążałam nad rzekę Aar by kontemplować i… zajadać się Toblerone… Zatem to już jedna z trzech rzeczy, za które kocham Szwajcarię – czekolada. Wbrew temu, co mówią niektórzy, wcale nie jest za słodka. Jak zresztą czekolada może być za słodka? Druga to język szwajcarski – w każdej odmianie: niemieckiej, francuskiej, włoskiej czy retoromańskiej, a przede wszystkim to, że pomimo wielu języków, Szwajcarzy potrafią się ze sobą porozumieć. Trzecia rzecz to szwajcarskie góry, o których nie wspomniałam wcześniej – widok z Zermattu na Maternhorn jest niesamowity. A rzeczy, za które można Szwajcarię znienawidzić? Na pewno za to, że wszyscy są życzliwi i z uśmiechem mówią „Grüezi” („Dzień dobry” w kantonie Basel). (śmiech) Już wyjaśniam, co mam na myśli. Otóż wszyscy Szwajcarzy w bankach, urzędach są bardzo życzliwi, ale z tą uprzejmością i uśmiechem odmawiają tego, o co się prosi i nic na to nie można poradzić. Drugi minus dla Polaków to oczywiście ceny. A trzecia wada? Nie wiem, może to, że ta Szwajcaria taka mała…

Jakie wyzwania czekają na osoby studiujące w Szwajcarii? Trzeba się przygotować na ciągłe zakuwanie w bibliotekach, czy raczej na permanentną imprezę na śnieżnych stokach? Czy szwajcarski uniwersytet różni się bardzo od polskiego? Z czym Szwajcarom kojarzy się Polska?

O tych wyzwaniach wspomniałam już trochę w odpowiedzi na poprzednie pytanie. Jeśli chodzi o studiowanie, to trudno mi się wypowiadać, ponieważ studiowałam tam w ramach wymiany międzynarodowej, a wiadomo, że to nieco inaczej wygląda. W porównaniu do innych krajów, to – z tego, co słyszałam – Szwajcarzy życzliwie przyjmują zagranicznych studentów. Ale o tej życzliwości też już opowiadałam. Władze uczelni, która mnie przyjmowała, zadbały o to, by studentom z innych krajów nie zabrakło rozrywek: ani naukowych, ani innych. Przed rozpoczęciem semestru zorganizowano bezpłatny dwutygodniowy kurs języka niemieckiego. W trakcie roku akademickiego też można było uczestniczyć w takich szkoleniach, także z języka angielskiego, a dla chętnych szwajcarskiego. Wspominam o tym, bo zajęcia te prowadzone były na wysokim poziomie merytorycznym (poziom oczywiście dostosowany do umiejętności studentów). Można było wybrać kurs konwersacyjny, gramatyczny, a nawet specjalistyczne zajęcia z pisania prac naukowych w wybranym języku. Z atrakcji pozaszkolnych, to oczywiście różnego rodzaju imprezy powitalne, integracyjne, a także wycieczki. Myślę, że wyzwaniem może być załatwienie spraw organizacyjnych. Ja sama miałam duże problemy z rezygnacją z akademika, który wcześniej zarezerwowałam. Nie mogłam też kupić biletu studenckiego bez legitymacji, chociaż w bazie pracowników kolei widniałam jako studentka (w Szwajcarii nie ma ochrony danych osobowych). Nieporozumienia mogą też wynikać z braku znajomości języka, no i tego, że Szwajcarzy – pomimo życzliwości – mają jednak obawy w stosunku do osób, które przyjeżdżają do ich kraju. Dużo łatwiej jest sobie poradzić, jeśli ma się tam kogoś, kto mieszka tam już dłużej.

Przejdźmy do filozofii Wittgensteina, którą badałaś w trakcie przygotowywania pracy magisterskiej. Wiemy, że nie ma jednego Wittgensteina. Jest Wittgenstein Traktatu oraz Wittgenstein Dociekań. Dziś afirmuje się głównie późną filozofię Wittgensteina. Czy rzeczywiście myśli zawarte w Traktacie skazane są na odrzucenie i nie da się ich ocalić?

Rzeczywiście, ja przyjmuję, jak sam autor na końcu Traktatu, że tę drabinę – wykorzystaną do wspięcia się na górę – po osiągnięciu celu należy odrzucić. Co do samego podziału na Wittgensteina wczesnego i późnego, o którym wspominasz, to rzeczywiście jest on wiadomy. Tylko dla kogo? Oczywiście dla nas. Na pewno też dla innych historyków filozofii a może filozofów? Dla tych drugich chyba niekoniecznie. Przecież nie trzeba znać historii filozofii, żeby być filozofem. Pewnie się trochę narażę, ale w sumie nie mam komu, bo ostatnio raczej zdystansowałam się od środowiska filozoficznego. Może właśnie o to chodziło Wittgensteinowi? Celem moich badań nie było zgłębienie filozofii autora Traktatu i Dociekań, lecz wydobycie z niej informacji, czym jest filozofia w ogóle. Nie ta jego – wczesnego czy późnego, lecz filozofia i jej rola we współczesnym świecie. Studentów na Wydziale Nauk Społecznych pewnie nie trzeba o tym opowiadać. Ale w mojej pracy dydaktycznej, każde zajęcia trzeba rozpocząć od odpowiedzi na pytanie po co i komu potrzebna jest filozofia.

Niedawno rozpoczęłaś przygodę z blogowaniem o szeroko rozumianej pasji biegania. Analizujesz specyficzny język, którym posługują się osoby uprawiające ten sport. Czy wraz z językiem zaczyna wytwarzać się specyficzna tożsamość wspólnoty biegaczy? Czy w waszej wspólnocie istnieją podziały na różnego rodzaju frakcje lub stronnictwa, które ową tożsamość postrzegają na odmienne sposoby?

Temat rzeka, ponieważ ostatnio dostrzegam coraz więcej aspektów związanych z bieganiem do przebadania. Znajduje to swój wyraz zarówno na blogu, jak i w artykułach naukowych. Kwestie związane z językiem grupy środowiskowej biegaczy (inaczej socjolektem) przedstawiam raczej w drugiego typu źródłach. Tożsamość oczywiście się wytwarza. Jest to ściśle związane z pojawieniem się socjolektu. Chociaż większość biegaczy z jednego i drugiego nie zdaje sobie sprawy. Silne poczucie wspólnoty wyraża się tym, że osoby trenujące bieganie czują się związane z innymi, nawet jeśli się osobiście nie znają. Elementem wspólnym jest łącząca je pasja. Biegacze bez względu na wiek, zwykle zwracają się do siebie na ty. Również bez znaczenia jest to, w jakim tempie ktoś biega oraz ile kilometrów pokonuje w tygodniu czy miesiącu, kiedy spotyka się na trasie inną biegnącą osobę. Wtedy dobrym zwyczajem jest powiedzenie jej cześć, pomachanie albo wykonanie innego życzliwego gestu. Mogłabym podać oczywiście jeszcze więcej przykładów takich pozytywnych zachowań. Biegacze oczywiście należą do różnych grup i klubów biegowych, jednak ich silne poczucie wspólnoty z wszystkimi uprawiającymi ten sport wiąże się z atmosferą radości i życzliwości.

W bieganiu towarzyszy ci Fraszka, która jest chyba jeszcze szczeniakiem. Jak znosi trudy cotygodniowego biegania? Przypuszczam, że z gepardem u boku nikt jeszcze w Polsce nie biega, ale czy oprócz psów pojawiają się na naszych trasach biegowych jakieś inne zwierzęta towarzyszące?

Rzeczywiście Fraszka zaczęła ze mną biegać zanim ukończyła rok. Wiele osób przestrzegało, że jest jeszcze za młoda, ale jak tu można było jej zabronić? Teraz ma już prawie dwa lata i nadal chętnie towarzyszy mi zarówno podczas treningów, jak i zawodów. Takiej więzi, jaka się wytwarza między człowiekiem a zwierzęciem podczas tego typu aktywności nie zrozumie nikt, kto nigdy nie miał psa. A nawet jeśli miał, to nie zrozumie, jeśli nigdy z nim nie uprawiał żadnego sportu: nie biegał czy nie uczył różnych sztuczek. Jako dowód można podać, jak różne psy towarzyszą swoim opiekunom podczas zawodów. Wydawałoby się, że york czy maltańczyk nie jest w stanie przebiec 5 kilometrów. A jednak to robi. Dlatego, że lubi biegać? Być może. Jednak dużo bardziej prawdopodobne jest, że sprawia mu radość wspólna aktywność z człowiekiem, że widzi, że temu „jego człowiekowi” to sprawia radość. Razem tworzą drużynę. Myślę, że ta rozmaitość psich ras na trasach biegowych na razie wystarczy. A jak to dalej się potoczy, zobaczymy…

Na zakończenie moja muzyczna dedykacja: Placebo - Running Up That Hill.

Poniżej: zaproszenie na spacer po starym mieście Berna.

10:21, kenjishinoda , Vanity Fair
Link Dodaj komentarz »